Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do rąk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do rąk. Pokaż wszystkie posty

Odżywione dłonie z Biolaven

Lato to ciężki czas dla moich dłoni. Czas po pracy poświęcam pracy przy domu. To jest też powód, przez który rzadko pojawiam się na blogu. Sobotę całą spędziłam na słońcu pomagając przy układaniu kostki i robiąc porządki w kojcu Azulki. Rąk nie czuję, a raczej czuję je dość boleśnie. Mimo prac w rękawiczkach dłonie były wysuszone i podrapane... Na ratunek w tej jak i wielu innych sytuacjach przybył krem do rąk od Biolaven, który kupiłam już jakiś czas temu :)


Mój ratownik

Moje dłonie ostatnimi czasy nie mają łatwego życia. W ciągu dnia wielokrotnie je moczę, mają cały czas kontakt z produktami do dezynfekcji, a w międzyczasie nie ma nawet możliwości użycia kremu. Nic więc dziwnego, że te wszystkie czynniki na moją suchą skórę działały destrukcyjnie. Nie wspominając już o niskich temperaturach, które zawsze miały na mnie zły wpływ. A więc od jakiegoś miesiąca pojawiał mi się regularnie problem suchych, pękających, piekących dłoni. Nic przyjemnego... Jakie więc było moje zaskoczenie, gdy pojedyncza aplikacja dzisiejszego bohatera posta sprawiła, że problem znikał, a następne odsuwały go na jeszcze dalsze tory. Żałuję, że nie mogę aplikować go częściej bo pewnie już dawno zapomniałabym o wszystkich nieprzyjemnościach... Ale do rzeczy - przedstawiam Wam krem do rąk marki Santaverde.


Krem o pojemności 50 ml znajduje się w tubce z odkręcanym korkiem - największa wada tego produktu! Jak ja nie lubię tego odkręcania - zakręcania.... Ech, ale da się przeżyć, zwłaszcza z takim działaniem. Kolejną wadą jaką wyszukałam jest zapach - dla mnie dość dziwny, ale nie nieprzyjemny. Trochę jakby apteczny, słodkawy, nie wiem do czego można by go porównać. W każdym razie u mnie przez ten zapach zamiast 5+ jest tylko 5. Bo wiecie - działanie to on ma po prostu rewelacyjne!


Już na wstępie opisałam Wam jakie on potrafi robić cuda. Regeneruje, nawilża, chroni, szybko się wchłania (po posmarowaniu dłoni od razu mogę pisać na klawiaturze komputera), nie pozostawia tłustej warstwy, nie klei się, dłonie dzięki niemu są aksamitne. Dba też świetnie o skórki wokół paznokci nawilżając je i zapobiegając ich odstawaniu. Krem ten radzi sobie nawet ze skrajnymi postaciami jak moje. I w tym wszystkim najlepsze jest to, że działa ekspresowo. Jest niczym kompres ratunek w kryzysowych sytuacjach. 

Mimo małej pojemności (która jest plusem bo mogę mieć go zawsze przy sobie) ma całkiem niezłą wydajność. Używam codziennie odkąd do mnie przybył (czyli ponad miesiąc) i jakoś nie za bardzo zauważyłam by coś ubyło. A to wszystko dzięki temu, że wystarcza trochę większa kropla (mniej niż na zdjęciu poniżej).


Skład: Aloe Barbadensis Leaf Juice*, Alcohol*, Cetearyl Glucoside, Cetearyl Alcohol, Prunus Amygdalus Dulcis Oil*, Butyrospermum Parkii Butter*, Glycerin, Cocos Nucifera Oil*, Betaine, Theobroma Cacao Seed Butter*, Xanthan Gum, Hippophaea Rhamnoides Fruit Extract*, Cistus Incanus Flower/ Leaf/ Stem Extract*, Sodium Cetearyl Sulfate, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, P-Anisic Acid, Ascorbyl Palmitate, Levulinic Acid, Sodium Levulinate, Silver Sulfate, Sodium Hydroxide, Lavandula Angustifolia Oil, Parfum**, Limonene, Linalool, Citronellol, Geraniol, Citral, Benzyl Benzoate.

Cena niestety zaczyna się od 50 zł.

Miałyście do czynienia z kosmetykami Santaverde?

Skin Blossom - czyli zasługujesz na to co najlepsze

Hej!
Jak widzicie w dalszym ciągu szaleję i dziś znowu pojawia się nowa marka na blogu ;) Od niej jednak mam na razie tylko jeden produkt i poważnie się zastanawiam czy dalej ją poznawać po ostrzeżeniach Anuli... Otóż krem, który dzisiaj Wam pokażę jest na prawdę super! Ale podobno tylko on się udał, jest pierwszym produktem marki i chwalony jest wszędzie. Ja się temu zupełnie nie dziwię!


Skin Blossom jest firmą pochodzącą z Wielkiej Brytanii. Firma ta wytwarza naturalne i bezpieczne kosmetyki, które efektywnie pielęgnują ciało i włosy.

Wartością firmy jest wiara w naturalne piękno. Firma Skin Blossom wierzy, że nasze ciała są wspaniałe i zasługują na to, aby być traktowane z nadzwyczajnym szacunkiem. Dlatego do produkcji kosmetyków używają najwspanialszych składników organicznych, które są bardzo efektywne i pomagają naturalnie pracować skórze. Skóra staje się zbilansowana a to przyczynia się do poprawy naszego wyglądu i samopoczucia. Firma wierzy w moc naturalnych składników oraz ich zbawienne działanie na naszą skórę, natomiast jest przekonana, że nieprzyjazne środki chemiczne mogą szkodzić naszej skórze i zakłócać naturalne funkcjonowanie naszego organizmu.

Wszystkie kosmetyki Skin Blossom posiadają certyfikat Soil Association, który świadczy o organiczności produktu.


Opis robi wrażenie prawda? Na mnie przynajmniej zrobił, dlatego sięgnęłam po produkt tej marki. 
Bardzo spodobała mi się szata graficzna - ta ciemna zieleń i biały napis ładną czcionką. Niby nic, a tu proszę jednak mnie uwiódł ;)
Tubka o pojemności 75 ml wykonana jest z miękkiego plastiku, dzięki któremu łatwo wyciskać krem (ułatwia to też konsystencja, która nie jest za gęsta). Sam zatrzask nie sprawia żadnych problemów - sam się nie otwiera i nie łamię sobie paznokci gdy ja chcę to zrobić. Ogólnie opakowanie na plus - przez dwa miesiące używania nadal wygląda tak samo - zero zniszczeń


Jednak to jego wnętrze zasługuje na największą uwagę.Same zobaczcie ten piękny skład:
Aqua (Water), Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter*, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Glyceryl Stearate SE, Isopropyl Myristate, Stearic Acid, Persea Gratissima (Avocado) Oil*, Prunus Amygdalus Dulcis (Almond) Oil*, Glycerin**, Benzyl Alcohol, Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Juice Powder*, Pelargonium Graveolens (Rose Geranium) Flower Oil*, Parfum*, Tocopherol, Sodium Benzoate, Dehydroacetic Acid
 
Dwa cudowne masła na początku - kakaowe i shea, olej z avocado, olej ze słodkich migdałów, gliceryna, witamina E i jeszcze aloes. Do tego zapach róży geranium. Wiem, że nie każdemu może się on spodobać. Ja jednak mimo, że fanką róży nie jestem bardzo polubiłam ten różan, kwaskowaty aromat! Ale najbardziej pokochałam go za to co on robi z moimi dłońmi!
Nawet mocno zniszczone dłonie potrafi doprowadzić do właściwego stanu. Krem ten genialnie nawilża! Na długie godziny nie muszę się niczym przejmować - on dba o to by moje dłonie były odżywione. Świetnie sobie radzi też z moimi kapryśnymi skórkami - dzięki niemu po przedświątecznych porządkach nie były postrzępione i bolące! Do tego szybko się wchłania (używam go przy pracy na komputerze i zaraz po posmarowaniu mogę wrócić do tego co robiłam...), nie pozostawia na skórze tłustego filmu, za to silne poczucie nawilżenia i w wypadku mocno wysuszonych dłoni - ulgi. 


Jedyne na co trzeba uważać to woda, która oddziela się od reszty kremu gdy krem stoi np przy grzejniku... Mi się to zdarzyło dwa razy - wystarczyło potrząsnąć tubką i wszystko było w porządku :). 

I jeszcze jedna informacja - krem ten jest zarejestrowany także jako kosmetyk wegański w Vegan Society.

Kupiłam go TUTAJ za niecałe 30 zł. Uważam, że to na prawdę genialny krem do rąk, dawno nie miałam tak dobrego.

Nagietkowy krem do rąk marki Cien

Hej!
Już większość z Was pewnie wie, ale może kogoś to jeszcze ominęło - Lidl wypuścił serię kosmetyków z naturalnym składem! Jak się można domyślać produkty marki Cien kosztują niewiele, są dobrze dostępne i są dobrej jakości (a przynajmniej te z którymi się zetknęłam). Do serii nature należy krem do rąk (o którym będzie w dzisiejszym w poście), olejek do ciała (w szklanym opakowaniu z pompką), kremy do twarzy na noc, na dzień i pod oczy z granatem lub różą. Najdroższym produktem jeśli dobrze pamiętam jest olejek za (uwaga!) 15 zł (albo nawet mniej)... Czy muszę dodawać coś jeszcze czy już pobiegłyście do Lidla? ;)


Tubka kremu ma fajną grafikę, wygląda jak narysowana farbkami. Ma to swój urok, nie ma przesady - jest ładnie po prostu. Krem ma typowe zamknięcie na zatrzask, które na szczęście łatwo się otwiera i zamyka (paznokcie są bezpieczne) a do tego nie otwiera się samo. Z racji pojemności 75 ml mam ten kremik zawsze przy sobie i rzuca się w oczy jego ogromna wydajność. Sięgam po niego często (znacie mój problem suchelca) i nauczyłam się, że trzeba go brać odrobinkę. Ma lekką konsystencję, którą łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania, jednak gdy przesadzimy z ilością będziemy musieli długo czekać.


Uwielbiam zapach tego kremiku! Jest słodko - świeży. Taki trochę cukiereczek, ale nie z tych mdłych. Nie utrzymuje się za długo na dłoniach i to chyba dobrze, bo wtedy zapach by mnie chyba znudził :). Ja wyczuwam w nim nagietka, moja mama też, a siostra nie (ale w sumie nie wiem czy ona wie jak pachnie nagietek :p). Ale zostawmy już temat zapachu, to i tak każda z nas musi ocenić sama, bo każdy nos może inaczej go odebrać.

Krem tak jak wspominałam jeśli nie przesadzimy z ilością szybko się wchłania nie pozostawiając po sobie żadnej tłustej otoczki. Dopóki się nie wchłonie delikatnie się lepi, jednak szybko to znika, pozostaje tylko wygładzona i nawilżona skóra. Nie jest to mocny nawilżacz, ale nie jest też słaby, efekt utrzymuje się przez parę godzin. Żałuję tylko bardzo, że moim skórkom on nic nie daje, oporne są na jego właściwości...



Jak widzicie na powyższym zdjęciu skład jest na prawdę fajny! Mam nadzieję, że Lidl będzie rozszerzał ofertę i ta seria się powiększy :)


Porzeczka? No chyba nie!

Hej!
Wiecie co? Czasami nie opłaca się czytać recenzji kosmetycznych ;) Na prawdę! Po przeczytaniu tyylu pozytywnych, wręcz pochwalnych słów człowiekowi rosną wymagania... Spodziewa się nie wiadomo czego, a potem ląduje tyłkiem na twardej ziemi... Tak miałam z tym kremem, chociaż tu akurat nie tyłkiem lądowałam tylko dłońmi ;)


Gdzie by nie spojrzeć kremy The Secret Soap Store (TSSS) są chwalone i w ogóle achy i ochy..
Jak tak na niego spojrzałam po raz pierwszy to się ucieszyłam, że w loterii wylosowałam coś co tak wszędzie jest kochane. Poza tym kartonik na prawdę jest ładny, etykietka też. Ale ja się pytam po co taka wielka tuba do 70 ml kremu? Mogłaby by być spokojnie o połowę mniejsza...


Krem ma w sobie 20 % masła shea - i wiecie co? Wolę czyste shea...
Raz - krem tak samo jak masło jest gęsty i ciężko go czasami z tubki wydobyć, no chyba że pogoda pomoże temperaturą. Tak samo ciężko go się rozprowadza i o dziwo - jednak gorzej się wchłania!
Ręce długo są tłuste, długo też 'pachną'... Nie, nie śmierdzą, ale ten krem ma irytującą woń, nie ma nic ona wspólnego z porzeczką na dodatek dość długo się utrzymuje :/ Jest jakaś taka mdła, słodka...
Dwa - po wchłonięciu moje dłonie nadal są suche - szok! Po czystym shea dłonie są nawilżone i długo nie muszę się nimi zajmować, tutaj natomiast najchętniej znów bym je nasmarowała...


Brak nawilżenia, brak odżywienia, głupia za duża tubka - o co tyle zachwytów? Dodatkowo tubka jest odkręcana co jest bardzo nieporęczne gdy dłonie są już nakremowane. Poza tym gdy wyjmie się ją już z kartonika traci prawie cały swój urok...


Jestem tak bardzo zawiedziona, że chyba bardziej się nie da...

Krem do rąk z pomarańczą i rokitnikiem

Hej!
Dawno nie opisywałam Wam moich zmagań w walce o nawilżone dłonie! A cały czas jest to jednak walka zacięta ;). Nie wiedzieć czemu jestem strasznym suchelcem. Nie użyję balsamu - moje ciało zaczyna wariować, wszystko mnie swędzi a skóra wygląda jakby ktoś mnie potraktował tartką... Z dłońmi nie jest niestety inaczej. Cały czas muszę dbać o to by dostawały porcję nawilżenia. A więc, kremy do rąk to produkt, który zawsze mam przy sobie.

Ostatnimi czasy towarzyszy mi naturalny przyjemniaczek - krem do rąk z pomarańczą i rokitnikiem od Lavery. Oto on:


Tubeczka jest zgrabna, ma ładną grafikę - którą psuje niestety polska nalepka... Jej pojemność - 50 ml jest wprost idealna by mieć ten krem zawsze przy sobie. Nie ma szans by tubka sama się otworzyła, także zawartość pozostanie na miejscu, nie musimy się martwić o zabrudzoną torebkę ;).


Krem ma dość gęstą konsystencję, którą jednak bardzo przyjemnie się rozsmarowuje i szybko wchłania. Nie mam mowy o tłustej, lepiącej warstwie, wchłania się wszystko, pozostawiając nasze dłonie gładkie i nawilżone. Efekt niestety nie utrzymuje się cały dzień i krem okazał się za słaby na zimniejsze dni, jednak gdy jest cieplej (czyli przy obecnej aurze co 3 dnień...) dłonie nie dają mi się we znaki.
Krem mimo gęstej konsystencji jest bardzo lekki, dlatego uważam, że najlepszym okresem by go stosować jest lato.

Wydajność oceniam na bardzo dobrą, krem mam od miesiąca, stosuje go regularnie i mimo małej pojemności nadal go mam :).


Warto pochwalić krem za wspaniały, pomarańczowy zapach, który pozostaje na skórze ok godziny - coś wspaniałego! Nie jest to zapach chemiczny, tylko czuć jednocześnie słodycz miąższu, trochę kwasku i delikatną bardzo goryczkę skórki. Całość powoduje, że ślinianki mi szybciej pracują i mam ochotę się napić świeżego soku pomarańczowego.

Skład:

piękny, ale w końcu mamy do czynienia z kosmetykiem naturalnym :).

Krem nie poprawił stanu moich rąk, ale utrzymał je na przyzwoitym poziomie. Po prostu jest za słaby na obecną aurę. Wiem jednak, że do niego wrócę - ten zapach jest uzależniający!

Miałyście do czynienia z kremami Lavera?