Przyznaję, Orientanowo się zrobiło, ale tak się złożyło, że ostatnimi czasy często kupowałam ich produkty. Mydełka kusiły mnie bardzo długo, jednak co trochę do koszyka wskakiwała jakaś nowa marka (o takich łatwo zapomnieć i są trudniej dostępne). W końcu jednak upolowałam naturalnie peelingującą kostkę :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orientana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orientana. Pokaż wszystkie posty
Nie ma to jak ślimak pod oczy ;)
Hej!
Melduję, że choroba mnie rozłożyła całkowicie :(. A tak liczyłam, że się jej nie dam, walczyłam zaciekle i lipa... Ręce opadają, a nos to już ledwo zipie. Nie chcę Was jednak zanudzać moimi problemami zdrowotnymi, w końcu się z nimi uporam. Za to przygotowałam Wam na dzisiaj post kremu pod oczy ze śluzem ślimaka firmy Orientana. Jego brat do całej twarzy wywołał pewne zamieszanie, a może nie tyle on co ten cały śluz... Wiele z Was pisało, że ten składnik jest dla Was dziwny i nie chcecie nakładać na siebie nic z ślimakiem ;). Postanowiłam więc trochę przybliżyć temat tego śluzu.
Melduję, że choroba mnie rozłożyła całkowicie :(. A tak liczyłam, że się jej nie dam, walczyłam zaciekle i lipa... Ręce opadają, a nos to już ledwo zipie. Nie chcę Was jednak zanudzać moimi problemami zdrowotnymi, w końcu się z nimi uporam. Za to przygotowałam Wam na dzisiaj post kremu pod oczy ze śluzem ślimaka firmy Orientana. Jego brat do całej twarzy wywołał pewne zamieszanie, a może nie tyle on co ten cały śluz... Wiele z Was pisało, że ten składnik jest dla Was dziwny i nie chcecie nakładać na siebie nic z ślimakiem ;). Postanowiłam więc trochę przybliżyć temat tego śluzu.
Do produkcji masowej wszedł za sprawą rolnika z Chile, ale znany był już w starożytności. Jednak wracając do Chile - właściciel gospodarstwa rolnego zauważył, że jego poharatane dłonie za sprawą śluzu ślimaka goją się, stają się miękkie, skóra jest bardziej elastyczna. Szkodnik ślimak stał się dla niego zagadką, której poświęcił sporo czasu. Badania pokazały jak wiele dobrego robi śluz i zaczęto produkcję na skalę światową.
Regeneracyjne właściwości śluzu nie powinny nikogo dziwić, kto choć raz spotkał na swojej drodze ślimaka. To drobne stoworzonko sunąc po drapiącym podłożu swoim miękkim ciałem nie pożyłoby długo. Śluz nie dość, że je chroni, ułatwia poruszanie, to także regeneruje jego tkanki.
Śluz ślimaka zawiera w sobie składniki takie jak:
- Alantoina działa intensywnie nawilżająco, a także kojąco i przeciwzapalnie, przyspiesza regenerację skóry, łagodzi podrażnienia i zmiany trądzikowe, usuwa blizny, rozstępy, cellulit i wrzody, przyspiesza gojenie się ran, a także usuwa zgrubienia i spękania.
- Kwas glikolowy spowalnia procesy starzenia się skóry, wygładza, odświeża i regeneruje skórę, usuwa martwe naskórki, działa oczyszczająco, reguluje proces wydzielania sebum oraz zwęża ujście gruczołów łojowych.
- Mukopolisacharydy, które zmniejszają podrażnienia i uczulenia, przyczyniają się do prawidłowego krążenia krwi i limfy. W połączeniu z kolagenem i elastyną nadają skórze idealną elastyczność, sprężystość oraz nawilżenie.
- Kolagen i Elastyna odpowiadają za likwidację zmarszczek, a także za sprężystość oraz jędrność skóry.
- Naturalne Antybiotyki zabijają szkodliwe bakterie i grzyby, usuwając stany zapalne skóry.
- Witaminy A,C i E odżywiają i regenerują skórę.
Sporo tego, co?
Nic więc dziwnego, że śluz ten spełnia szereg różnych zadań! Jego działanie regenerujące, ochronne, złuszczające, przeciwzmarszczkowe, przeciwzapalne, nawilżające, zwiększające elastyczność, sprzyjające syntezie kolagenu i elastyny i łagodzące są mile widziane w kosmetyce.
Mam nadzieję, że teraz nikogo nie dziwi ten składnik i już nikt nie uważa go za kolejny 'boom' w kosmetyce. :)
A teraz wróćmy do kremu!
Znajduje się on w 15 ml opakowaniu airless - higienicznie i prosto! Grafika jak w przypadku kremu do twarzy bardzo uboga - ten krem ma po prostu działać! I robi to - ale o tym za chwilę ;). Do opakowania chciałabym jeszcze dodać, że od dwóch miesięcy działa bez zarzutu. Pompka się nie zacina, ale radzę nie naciskać jej do oporu bo ilość kremu jaką wtedy daje można spokojnie nasmarować całą twarz :).
Konsystencja produktu jest rzadka, ale nie za rzadka. delikatnie wodnista, bardzo ładnie rozsmarowuje się na skórze, ekspresowo się wchłania. Nie pozostawia żadnej warstwy, za to skóra jest aksamitna w dotyku, miękka, nawilżona. Nie ma mowy o podkrążonych oczach - delikatna skóra pod oczami jest wspaniale zadbana! Zwiększa się też znacznie elastyczność. Możecie mi nie wierzyć, ale mimo wieku miałam z tym problem! Po dwóch miesiącach widzę znaczną poprawę.
Zapach jest identyczny jak przy kremie do twarzy - delikatny, słodki, ulotny. Mi się bardzo spodobał!
Żałuję tylko, że nie jestem w stanie stwierdzić jak długo mi jeszcze posłuży - dwa miesiące używania rano i wieczorem i myślę (ale to tylko moje gdybanie), że na jeszcze miesiąc będzie mi towarzyszył, kto wie - może na jeszcze dłużej?
Skład:
Aqua, Glycerin (gliceryna pochodzenia roślinnego), Squalane (skwalan otrzymywany z trzciny cukrowej i buraka cukrowego), Coco Caprylate/Caprate, Polyglyceryl-6 Distearate, Propanediol (otrzymywany z ziaren kukurydzy), Snail Secretion Filtrate (śluz ślimaka), Crambe Abyssinica Seed Oil (olej abisyński), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olej ze słodkich migdałów), Tocopherol (witamina E), Caffeine (naturalna kofeina), Sodium Hyaluronate (sól kwasu hialuronowego), Lavandula Stoechas Extract (stoechiol), Ruscus Aculeatus Root Extrac (wyciąg z ruszczyka kolczastego), Citrus Limon Peel Extract (ekstrakt ze skórki cytryny), Solidago Virgaurea Extract (ekstrakt z nawłoci pospolitej), Caprylic/Capric Triglyceride, Cetyl Alcohol, Jojoba Esters, Polyglyceryl-3 Beeswax, Sodium Stearoyl Glutamate, Cellulose Gum, Microcrystalline Cellulose, Xanthan Gum, Sodium Phytate, Sodium Benzoate (naturalny konserwant), Pottasium Sorbate (naturalny konserwant), Citric Acid (kwas cytrynowy), Parfum (kompozycja zapachowa hypoalergiczna).
Koszt to niecałe 52 zł na stronie producenta - KLIK.
Ślimak w roli głównej
Hej!
Pewnie zauważyliście, że szał na ślimaka trwa ;). Fakt, że do tej pory widziałam go tylko w kosmetykach azjatyckich, które jakoś mnie do siebie nie przyciągają. Jednak polska marka - Orientana postanowiła ten składnik przemycić i swoich kosmetykach. Co z tego wynikło? Zobaczcie same :)
Krem dodatkowo umieszczony był w kartoniku, na którym były wszystkie informacje o produkcie. Zrobiłam zdjęcia, jednak po tych prawie dwóch miesiącach używania stwierdziłam, że mi się nie podobają... A więc teraz nie mam zdjęć już kartonika, a krem od środka ma ślady używania. Tak czasami bywa, mam nadzieję, że Was to nie zrazi, wszystkie informacje od producenta i tak przetoczę poniżej :).
Jak już wyjaśniłam sprawę kartonika czas na ocenę samego słoiczka. Może na zdjęciach się taki nie wydaje jednak jest on bardzo masywny, a co za tym idzie dość ciężki. Na szczęście dodatkowo jest dość odporny - upadł mi raz z wysokości 1,5 metra i przeżył! A ja się cieszyłam, że ominął moją nogę ;).
Jak dla mnie opakowanie wygląda ładnie, minimalistycznie, elegancko. Nie ma co się nad nim rozpisywać bo i nie bardzo jest nad czym - wszystko widać na zdjęciach, nic nie ukryłam (oprócz kartonika oczywiście...).
Producent zachwala go następująco:
Całkowicie naturalny krem z optymalną zawartością wysokoskoncentrowanego, najlepszej jakości, oczyszczonego śluzu ślimaka. Ma szerokie spektrum działania - intensywnie regeneruje, ujędrnia, optymalnie i długotrwale nawilża każdy rodzaj cery. Krem efektywnie pomaga w walce ze starzeniem się skóry, zwiększając jej uelastycznienie, jędrność i wygładzając zmarszczki. Skutecznie redukuje przebarwienia, szczególnie plamy pigmentacyjne i wspomaga niwelowanie blizn. Wyrównuje koloryt cery.
SKŁAD:
Aqua (woda), Coco Caprylate/Caprate, Propanediol (otrzymywany z ziaren
kukurydzy), Snail Secretion Filtrate (śluz ślimaka), Prunus Amygdalus
Dulcis Oil (olej ze słodkich migdałów), Glycerin (gliceryna pochodzenia
roślinnego), Glyceryl Stearate Citrate, Sucrose Stearate, Polyglyceryl-4
Cocoate, Camellia Kissi Seed Oil (olej z kamelii japońskiej),
Tocopherol (witamina E), Butyrospermum Parkii Butter (masło shea),
Cetearyl Alcohol, Boerhavia Diffusa Root Extract (ekstrakt z punarnavy),
Sodium Hyaluronate (kwas hialuronowy), Cetyl Alcohol (alkohol
cetylowy), Sodium Ricinoleate, Xanthan Gum, Sodium Phytate Sodium
Benzoate (naturalny konserwant), Potassium Sorbate (naturalny
konserwant), Citric Acid (kwas cytrynowy), Parfum (kompozycja zapachowa
hypoalergiczna).
Nie wiem jak Wam, ale mi się podoba to co widzę!
Jak ma się to do rzeczywistości? Zacznę może od zapachu - mi on bardzo przypadł do gustu, jest słodkawy, delikatny, szybko się ulatnia, jednak podczas nakładania sprawia mi przyjemność, nie nudzi się, nie męczy. Konsystencja też jest fajna - nie trzeba dużo brać kremu ze słoiczka bo bardzo ładnie się rozprowadza, nie smuży, przy czym szybko się wchłania pozostawiając przyjemne uczucie wygładzenia. Oprócz tego zyskujemy od razu delikatne napięcie skóry (to z zakresu tych przyjemnych, kojarzących się z jędrnością i młodością). Nie mogę pominąć też kwestii nawilżenia, przy mojej suchej skórze jest to bardzo istotne, które jest świetne. Prawda jest taka, że po prawie dwóch miesiącach stosowania tego kremu nie mogę się codziennie nadziwić jak miękka i gładka jest moja cera! Niesamowicie przyjemne uczucie.
Co ważne krem ten świetnie współpracuje z minerałami, nie warzą mi się, nie spływają, nie ma smug i innych niedogodność. Współpraca idealna dla mojej pięknej cery.
Dodatkowo krem mnie nie podrażnił, nie zapchał, nie uczulił. Za to pomógł mi przy podrażnieniach wywołanych przez co innego. Nie ukrywam - polubiłam się z nim bardzo, cieszę się, że jest tak wydajny, ponieważ oznacza to, że nie będę musiała się z nim za szybko rozstawać :).
Koszt tego kremu o pojemności 50 ml do 60zł (bez gorsza) na stronie producenta - KLIK.
Nowości od Orientany
Hej Kochani!
Wróciłam! Miałam naszykować Wam postów na czas mojego wyjazdu ale, przez to całe zamieszanie przed, tego nie uczyniłam... Także mieliście tygodniową przerwę ode mnie! ;) Ogarnę trochę zdjęcia i naszykuję Wam relację wyjazdową, tymczasem dziś chcę pokazać paczkę, która trafiła do mnie gdy siedziałam w górach.
Wróciłam! Miałam naszykować Wam postów na czas mojego wyjazdu ale, przez to całe zamieszanie przed, tego nie uczyniłam... Także mieliście tygodniową przerwę ode mnie! ;) Ogarnę trochę zdjęcia i naszykuję Wam relację wyjazdową, tymczasem dziś chcę pokazać paczkę, która trafiła do mnie gdy siedziałam w górach.
Paczka z nowościami od Orientany zawsze cieszy :). Jak wiecie parę ich produktów bardzo polubiłam! Taka henna, lub odżywka, albo krem - maska - to moi niekwestionowani ulubieńcy. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, mam coraz większą ochotę na wypróbowanie wszystkich ich kosmetyków. Zobaczcie jakie cuda będę testować!
Nie mogę się doczekać! Niech tylko słońce wyjdzie to porobię zdjęcia...
Co się u Was działo przez ten tydzień?
Orientana - ajurwedyjska odżywka do włosów
Hej, hej! :)
Jak Wasz weekend? Ja zrobiłam swój plan na sobotę, a dziś będę się lenić! Miał być wyjazd do Zamościa, ale pogoda jest nieprzewidywalna, więc sobie darowaliśmy, poczekamy, aż będzie ładniej :)
3 tygodnie temu do testów otrzymałam odżywkę Orientana. Bardzo mnie ciekawiła, a w tym okresie można było ją dostać do zakupu henny za 1 zł jeśli dobrze pamiętam, Kosodrzewina zdaje się skorzystała z tej akcji :).
Odżywka ta sprawiła, że przerwałam swój odzywkowy post włosowy ;) Wcześniej przez 2 tygodnie jechałam tylko na szamponie i ewentualnie płukance octowej... Włosy miały się dobrze, szampon Biolaven dawał radę, a więc nie komplikowałam sobie sprawy. Wiem jednak, że na dłuższą metę nie zdałoby to egzaminu bo moje włosy lubią bogata pielęgnację.
Wracając jednak do tematu odżywki ajurwedyjskiej, oto ona:
Styl etykiet taki jak we wszystkich produktach tej marki. Ja go lubię, nie jest przesadzony, a jednocześnie jest kolorowo ;) Bez problemu możemy się też dowiedzieć wszystkiego co nas interesuje o produkcie z opakowania.
Odżywka zabezpieczona była dodatkowym pozłotkiem, by go usunąć trzeba odkręcić korek. Fajna sprawa, zwłaszcza, że produkty Orientany można dostać w drogeriach Natura, mamy pewność, że nikt przed nami produktu nie otwierał.
Odżywka zyskała moją przychylność od pierwszego powąchania - orzeźwiająca trawa cytrynową z nutą imbiru! Uwielbiam! Zwłaszcza, że zapach zostaje na włosach, nawet po następnym myciu można go wyczuć. Nie jest przytłaczający, ale daje mocne uczucie świeżości. Poza tym muszę Wam coś zdradzić - uwielbiam, wprost UWIELBIAM pachnące włosy! Daje mi to moc pewności siebie.
Odżywka ma idealną konsystencję. Nie jest za rzadka ani za gęsta. Bez problemu wydobywa się ją z opakowania, ale nie spływa z dłoni ani z włosów. Moje włosy wręcz ją spijają. Jest bardzo lekka, nie obciąża, nawet stosowana w okolicę skalpu.
Co jednak daje jej używanie?
Nie ma na pewno problemu z rozczesywaniem włosów. Oprócz tego doskonale wygładza i nabłyszcza. Włosy są miękkie i odżywione. Odkąd jej używam dużo lepiej się też układają. Kto śledzi mnie na instagramie ten dostrzegł, że ostatnio bardzo chwalę swoje włosy. To wszystko dzięki niej!
Skład:Aqua, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Glycerin, Stearyl Alcohol, Simmondsia Chinesis Oil, Aquaxyl, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Cetyl Alcohol, Glycyrrhiza Glabra Root Extract Hydrogenated Vegetable Oil, Centella Asiatica Extract, Citrus Medica Limonum Fruit Powder, Acacia Concinna Fruit Powder, Tocopherol, Sodium PCA, Polyquaternium 10, Cymbopogon Schoenanthus Oil, Zingiber Officinale Oil, Cetrimonium Chloride, Trachyspermum Ammi Flower Extract, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.
Jak już wspominałam można dostać ją w Naturze, lub kupić przez internet - KLIK. Za 210 ml trzeba zapłacić 34 zł. Ja teraz mam ochotę na szampon do kompletu ;)
Znacie produkty tej marki? Wiecie, że to polska marka? Do mnie to zawsze przemawia, lubię kupować polskie produkty :)
Jak Wasz weekend? Ja zrobiłam swój plan na sobotę, a dziś będę się lenić! Miał być wyjazd do Zamościa, ale pogoda jest nieprzewidywalna, więc sobie darowaliśmy, poczekamy, aż będzie ładniej :)
3 tygodnie temu do testów otrzymałam odżywkę Orientana. Bardzo mnie ciekawiła, a w tym okresie można było ją dostać do zakupu henny za 1 zł jeśli dobrze pamiętam, Kosodrzewina zdaje się skorzystała z tej akcji :).
Odżywka ta sprawiła, że przerwałam swój odzywkowy post włosowy ;) Wcześniej przez 2 tygodnie jechałam tylko na szamponie i ewentualnie płukance octowej... Włosy miały się dobrze, szampon Biolaven dawał radę, a więc nie komplikowałam sobie sprawy. Wiem jednak, że na dłuższą metę nie zdałoby to egzaminu bo moje włosy lubią bogata pielęgnację.
Wracając jednak do tematu odżywki ajurwedyjskiej, oto ona:
Styl etykiet taki jak we wszystkich produktach tej marki. Ja go lubię, nie jest przesadzony, a jednocześnie jest kolorowo ;) Bez problemu możemy się też dowiedzieć wszystkiego co nas interesuje o produkcie z opakowania.
Odżywka zabezpieczona była dodatkowym pozłotkiem, by go usunąć trzeba odkręcić korek. Fajna sprawa, zwłaszcza, że produkty Orientany można dostać w drogeriach Natura, mamy pewność, że nikt przed nami produktu nie otwierał.
Odżywka zyskała moją przychylność od pierwszego powąchania - orzeźwiająca trawa cytrynową z nutą imbiru! Uwielbiam! Zwłaszcza, że zapach zostaje na włosach, nawet po następnym myciu można go wyczuć. Nie jest przytłaczający, ale daje mocne uczucie świeżości. Poza tym muszę Wam coś zdradzić - uwielbiam, wprost UWIELBIAM pachnące włosy! Daje mi to moc pewności siebie.
Odżywka ma idealną konsystencję. Nie jest za rzadka ani za gęsta. Bez problemu wydobywa się ją z opakowania, ale nie spływa z dłoni ani z włosów. Moje włosy wręcz ją spijają. Jest bardzo lekka, nie obciąża, nawet stosowana w okolicę skalpu.
Co jednak daje jej używanie?
Nie ma na pewno problemu z rozczesywaniem włosów. Oprócz tego doskonale wygładza i nabłyszcza. Włosy są miękkie i odżywione. Odkąd jej używam dużo lepiej się też układają. Kto śledzi mnie na instagramie ten dostrzegł, że ostatnio bardzo chwalę swoje włosy. To wszystko dzięki niej!
Skład:Aqua, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Glycerin, Stearyl Alcohol, Simmondsia Chinesis Oil, Aquaxyl, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Cetyl Alcohol, Glycyrrhiza Glabra Root Extract Hydrogenated Vegetable Oil, Centella Asiatica Extract, Citrus Medica Limonum Fruit Powder, Acacia Concinna Fruit Powder, Tocopherol, Sodium PCA, Polyquaternium 10, Cymbopogon Schoenanthus Oil, Zingiber Officinale Oil, Cetrimonium Chloride, Trachyspermum Ammi Flower Extract, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.
Jak już wspominałam można dostać ją w Naturze, lub kupić przez internet - KLIK. Za 210 ml trzeba zapłacić 34 zł. Ja teraz mam ochotę na szampon do kompletu ;)
Znacie produkty tej marki? Wiecie, że to polska marka? Do mnie to zawsze przemawia, lubię kupować polskie produkty :)
Hennowanie było!
Hej Kochani!
Dziś post o tym jak to Żaneta wreszcie się wzięła za to o czym ględziła od paru miesięcy... Czyli hennowanie! Jako, że na Khadi jestem chwilowo obrażona, bo zaczęła się szybko, a nawet szybciej, wypłukiwać z włosów mych szukałam następcy. Orientana trafiła w czas, wypuszczając swoje henny w obieg. A że mój W. zna mnie jak mało kto, kupił mi taką puszeczkę na imieniny!
No i ni mogło być inaczej, muszę Wam powiedzieć co i jak :)
Oto zacna puszeczka:
Muszę przyznać, że to na prawdę jak dla mnie trafiony pomysł z opakowaniem! Wygląda super (jak dla mnie na prawdę jest śliczna!), w dostawie się nie niszczy, można później tam chować różne rzeczy :). Jestem na tak!
Pochwalić też muszę fakt, że henna jest dobrze zabezpieczona. Znajduje się w puszce, w nieprzezroczystym opakowaniu a dopiero potem w foliowym woreczku! Tak powinno być, dzięki temu mamy pewność, że henna zadziała, że nie była narażana na jakieś szkodliwe dla jej właściwości warunki.
Ale przejdźmy dalej... Co było oprócz henny w tubie? 2 pary rękawiczek i czepek foliowy.
Do czepka mam zastrzeżenia - za mały! Nie ma szans by długie włosy się w nim zmieściły.. A przecież moja tuba była właśnie 'dla długich włosów'.
Rękawiczki w porządku, dość mocne, nie popękały i nie podziurawiły się. Szkoda tylko, że ni miały jakichś zaczepów by tak się nie zsuwały... Teraz są modne różne skarpetki do pielęgnacji i tam dodają taki jakby plasterek który się nalepia by się nie zsuwały - to by się przydało! :)
Co do samej henny - jak dla mojego nosa ma przyjemniejszy zapach, mniej intensywny niż Khadi, nie męczy tak. Lepiej się też ją rozrabia, trudniej o grudki, mam wrażenie, że jest lepiej zmielona.
Poziom trudności podczas nakładania podobny. Henna to henna, stety i niestety ;)
Za to łatwiej ją się spłukuje i to o wiele!
Jako, że to był mój pierwszy raz z tą henną postępowałam zgodnie z instrukcją, nic nie kombinowałam, na to przyjdzie pora następnym razem ;). Po 2 godzinach spłukałam i wysuszyłam włosy. Pierwszy przywitał mnie poziołowy przesusz ;) Ale to norma u moich włosów... 3 godziny później się unormowały i zaczęły cudownie błyszczeć! Nadal były jednak delikatnie sztywne.
Po 3 dniach, czyli kolejnym myciu i po odżywce było już cudownie! Zero suszu (po Khadi potrzebowały więcej myć z odżywką), blask, kolor, miękkość. Wszystko to, na czym mi zależy.
Ale zapach henny nadal czuję od włosów, choćbym używała nie wiadomo jak pachnącej odżywki to i tak czuć hennę ;)
Woda podczas mycia jest delikatnie zielonkawa, jednak na razie nie widzę by kolor w jakikolwiek wypłukiwał się z włosów, jestem ciekawa jak będzie dalej... Na razie Orientana ma szansę by zastąpić Khadi na dobre :).
Jak widać na zdjęciach nie udało mi się idealnie pokryć włosów, jednak jak dla mnie te pasemka nadają im tylko uroku :)
Co Wy myślicie?
Ps. Ten post to także aktualizacja styczniowa! ;)
Dziś post o tym jak to Żaneta wreszcie się wzięła za to o czym ględziła od paru miesięcy... Czyli hennowanie! Jako, że na Khadi jestem chwilowo obrażona, bo zaczęła się szybko, a nawet szybciej, wypłukiwać z włosów mych szukałam następcy. Orientana trafiła w czas, wypuszczając swoje henny w obieg. A że mój W. zna mnie jak mało kto, kupił mi taką puszeczkę na imieniny!
No i ni mogło być inaczej, muszę Wam powiedzieć co i jak :)
Oto zacna puszeczka:
Muszę przyznać, że to na prawdę jak dla mnie trafiony pomysł z opakowaniem! Wygląda super (jak dla mnie na prawdę jest śliczna!), w dostawie się nie niszczy, można później tam chować różne rzeczy :). Jestem na tak!
Pochwalić też muszę fakt, że henna jest dobrze zabezpieczona. Znajduje się w puszce, w nieprzezroczystym opakowaniu a dopiero potem w foliowym woreczku! Tak powinno być, dzięki temu mamy pewność, że henna zadziała, że nie była narażana na jakieś szkodliwe dla jej właściwości warunki.
Ale przejdźmy dalej... Co było oprócz henny w tubie? 2 pary rękawiczek i czepek foliowy.
Do czepka mam zastrzeżenia - za mały! Nie ma szans by długie włosy się w nim zmieściły.. A przecież moja tuba była właśnie 'dla długich włosów'.
Rękawiczki w porządku, dość mocne, nie popękały i nie podziurawiły się. Szkoda tylko, że ni miały jakichś zaczepów by tak się nie zsuwały... Teraz są modne różne skarpetki do pielęgnacji i tam dodają taki jakby plasterek który się nalepia by się nie zsuwały - to by się przydało! :)
Co do samej henny - jak dla mojego nosa ma przyjemniejszy zapach, mniej intensywny niż Khadi, nie męczy tak. Lepiej się też ją rozrabia, trudniej o grudki, mam wrażenie, że jest lepiej zmielona.
Poziom trudności podczas nakładania podobny. Henna to henna, stety i niestety ;)
Za to łatwiej ją się spłukuje i to o wiele!
Jako, że to był mój pierwszy raz z tą henną postępowałam zgodnie z instrukcją, nic nie kombinowałam, na to przyjdzie pora następnym razem ;). Po 2 godzinach spłukałam i wysuszyłam włosy. Pierwszy przywitał mnie poziołowy przesusz ;) Ale to norma u moich włosów... 3 godziny później się unormowały i zaczęły cudownie błyszczeć! Nadal były jednak delikatnie sztywne.
Po 3 dniach, czyli kolejnym myciu i po odżywce było już cudownie! Zero suszu (po Khadi potrzebowały więcej myć z odżywką), blask, kolor, miękkość. Wszystko to, na czym mi zależy.
Ale zapach henny nadal czuję od włosów, choćbym używała nie wiadomo jak pachnącej odżywki to i tak czuć hennę ;)
Woda podczas mycia jest delikatnie zielonkawa, jednak na razie nie widzę by kolor w jakikolwiek wypłukiwał się z włosów, jestem ciekawa jak będzie dalej... Na razie Orientana ma szansę by zastąpić Khadi na dobre :).
Jak widać na zdjęciach nie udało mi się idealnie pokryć włosów, jednak jak dla mnie te pasemka nadają im tylko uroku :)
Co Wy myślicie?
Ps. Ten post to także aktualizacja styczniowa! ;)
Miłość od pierwszego powąchania - papaja od Orientany
Hej!
Czy tylko dla mnie ten czerwiec jakiś nawiedzony pogodowo? Zaczął się od upałów niemiłosiernych, a teraz trzeba w kurtce i bluzie chodzić bo wiatr zimny.. brrr...
Jak dobrze, że w domu czekają truskawki, które nadają letnie klimaty dniom ;).
Ale nie tylko truskawki poprawiają mi humor teraz, są inne smakołyki, chociaż tym razem dla ciała, a konkretniej - twarzy. Tutaj wprawdzie nasyca zapach, a nie smak - ale i tak jest pysznie ;). Lubię odkręcić słój tylko po to by móc poczuć ten aromat - nie jest może one idealnie naturalny, ale niewiele mu brakuje!
Maska - krem z papai do twarzy na noc przywędrowała do mnie w ramach współpracy, jednak nie miało to zupełnie wpływu na moja recenzję. Po prostu tego produktu nie da się nie lubić, zapewniam Was!
Zacznę od opakowania - grafika prosta i typowa dla marki, przyjemna dla oka, ale nie wyróżniająca się. Słoiczek jest plastikowy i ma aż 100 g pojemności - aż, bo maska - krem jest szalenie wydajna! Biorąc pod uwagę fakt, że mam ją zużyć w ciągu 12 miesięcy od otwarcia czeka mnie rok cieszenia się nią ;)
Opis producenta:
Maska- krem z papai o lekkiej, żelowej konsystencji to połączenie intensywnego działania maseczki z dobrym wchłanianiem i codziennością stosowania jaką daje krem. Papaja działa wybielająco na przebarwienia.
Do każdej cery.
Dzięki swojej formule maska-krem wspaniale nawilża skórę. Maska-krem z papai na przebarwienia swoje działanie zawdzięcza papainie - enzymowi złuszczającemu przebarwione warstwy naskórka. Papaina chroni skórę przed produkcją melaniny, wybiela piegi i przebarwienia, wygładza i oczyszcza. Papaja bogata w wiele substancji odżywczych - białek, minerałów i witamin dobrze odżywia skórę. Maska-krem doskonale nawilża, odżywia i rozjaśnia przebarwienia.
Żelowa konsystencja intensyfikuje proces osmozy. Ponad 90% naturalnych odżywczych składników z łatwością wchłania się w skórę, a jednocześnie skóra uwalnia szkodliwe substancje i oczyszcza się. Dzięki trehalozie, która jest hydro-aktywnym disacharydem z alg morskich działającym jako naturalny antyutleniacz rezerwy wodne na długo zostają zatrzymane w skórze. Dodatkowe naturalne składniki wspierające takie jak naturalne ekstrakty z owsa powodują wygładzanie zmarszczek i działają ujędrniająco.
Maska jak widzicie ma żelową formułę. Mi to bardzo odpowiada - przyjemnie się ją rozsmarowuje na twarzy i szybko się wchłania. Dodatkowo to uczucie ulgi podczas rozsmarowywania - super, naczynka ukojone! (Moja mam potwierdza ;)).
Producent mówi o 15 - 20 min po rozsmarowaniu, że tyle maska może się wchłaniać - u mnie jest to ok 5 min! No chyba, że zamarzy mi się grubsza warstwa, wtedy faktycznie muszę poczekać trochę dłużej.
Co ważne - mimo żelowej formuły maska - krem się nie klei gdy już się wchłonie - zostawia delikatnie napiętą skórę, ale nie odczuwa się, że coś na niej jest.
Maski nie zmywamy, tylko po wchłonięciu kładziemy się spać. A efekty widać już następnego dnia rano! Im dłużej je używam tym moja cera jest bardziej odporna na zmęczenie. Rano moja twarz jest rozświetlona, nawet gdy mało spałam (sesja w końcu) nie pojawiły się cienie pod oczami.
Co ważne - poprawiło się nawilżenie mojej cery! Mogłam to sprawdzić dzięki dermo-konsultacjom marki Sylveco. W ciągu miesiąca jak używam tej maski, poziom nawilżenia podniósł się o 15%. Podoba mi się to!
Jakby było mało jeszcze tych zalet - zauważyłam, że nie muszę już tak często używać peelingu do twarzy bo i tak jest wygładzona - a wszystko to dzięki papai :). Podoba mi sie to tym bardziej, że pokończyłam wszystkie swoje peelingi enzymatyczne ;).
Jak wiecie lub nie - mam piegi, mnie to może zbytnio nie cieszy, ale maska ta faktycznie je delikatnie wybiela - czyli będzie w sam raz dla osób, dla których piegi są problemem ;).
Co więcej? Nie zapycha i nie podrażnia.
Skład:
Żeby nie było, że to produkt bez wad - apeluję o umieszczenie tej maski w innym pojemniku, bo jednak słój jest mało higieniczny.
A tak poza tym? Jestem zachwycona :).
Maskę-krem z papai Orientana kupicie miedzy innymi w Drogeriach Natura, Drogeriach Marysieńska, a także dobrych sklepach kosmetycznych i zielarskich w całej Polsce i oczywiście w sklepie producenta na www.orientana.pl
Miałyście do czynienia z tym produktem?
Jak przejrzałam opinie na kwc, to dziewczyny są zadowolone tak samo jak ja :))
Czy tylko dla mnie ten czerwiec jakiś nawiedzony pogodowo? Zaczął się od upałów niemiłosiernych, a teraz trzeba w kurtce i bluzie chodzić bo wiatr zimny.. brrr...
Jak dobrze, że w domu czekają truskawki, które nadają letnie klimaty dniom ;).
Ale nie tylko truskawki poprawiają mi humor teraz, są inne smakołyki, chociaż tym razem dla ciała, a konkretniej - twarzy. Tutaj wprawdzie nasyca zapach, a nie smak - ale i tak jest pysznie ;). Lubię odkręcić słój tylko po to by móc poczuć ten aromat - nie jest może one idealnie naturalny, ale niewiele mu brakuje!
Maska - krem z papai do twarzy na noc przywędrowała do mnie w ramach współpracy, jednak nie miało to zupełnie wpływu na moja recenzję. Po prostu tego produktu nie da się nie lubić, zapewniam Was!
Zacznę od opakowania - grafika prosta i typowa dla marki, przyjemna dla oka, ale nie wyróżniająca się. Słoiczek jest plastikowy i ma aż 100 g pojemności - aż, bo maska - krem jest szalenie wydajna! Biorąc pod uwagę fakt, że mam ją zużyć w ciągu 12 miesięcy od otwarcia czeka mnie rok cieszenia się nią ;)
Opis producenta:
Maska- krem z papai o lekkiej, żelowej konsystencji to połączenie intensywnego działania maseczki z dobrym wchłanianiem i codziennością stosowania jaką daje krem. Papaja działa wybielająco na przebarwienia.
Do każdej cery.
Dzięki swojej formule maska-krem wspaniale nawilża skórę. Maska-krem z papai na przebarwienia swoje działanie zawdzięcza papainie - enzymowi złuszczającemu przebarwione warstwy naskórka. Papaina chroni skórę przed produkcją melaniny, wybiela piegi i przebarwienia, wygładza i oczyszcza. Papaja bogata w wiele substancji odżywczych - białek, minerałów i witamin dobrze odżywia skórę. Maska-krem doskonale nawilża, odżywia i rozjaśnia przebarwienia.
Żelowa konsystencja intensyfikuje proces osmozy. Ponad 90% naturalnych odżywczych składników z łatwością wchłania się w skórę, a jednocześnie skóra uwalnia szkodliwe substancje i oczyszcza się. Dzięki trehalozie, która jest hydro-aktywnym disacharydem z alg morskich działającym jako naturalny antyutleniacz rezerwy wodne na długo zostają zatrzymane w skórze. Dodatkowe naturalne składniki wspierające takie jak naturalne ekstrakty z owsa powodują wygładzanie zmarszczek i działają ujędrniająco.
Maska jak widzicie ma żelową formułę. Mi to bardzo odpowiada - przyjemnie się ją rozsmarowuje na twarzy i szybko się wchłania. Dodatkowo to uczucie ulgi podczas rozsmarowywania - super, naczynka ukojone! (Moja mam potwierdza ;)).
Producent mówi o 15 - 20 min po rozsmarowaniu, że tyle maska może się wchłaniać - u mnie jest to ok 5 min! No chyba, że zamarzy mi się grubsza warstwa, wtedy faktycznie muszę poczekać trochę dłużej.
Co ważne - mimo żelowej formuły maska - krem się nie klei gdy już się wchłonie - zostawia delikatnie napiętą skórę, ale nie odczuwa się, że coś na niej jest.
Maski nie zmywamy, tylko po wchłonięciu kładziemy się spać. A efekty widać już następnego dnia rano! Im dłużej je używam tym moja cera jest bardziej odporna na zmęczenie. Rano moja twarz jest rozświetlona, nawet gdy mało spałam (sesja w końcu) nie pojawiły się cienie pod oczami.
Co ważne - poprawiło się nawilżenie mojej cery! Mogłam to sprawdzić dzięki dermo-konsultacjom marki Sylveco. W ciągu miesiąca jak używam tej maski, poziom nawilżenia podniósł się o 15%. Podoba mi się to!
Jakby było mało jeszcze tych zalet - zauważyłam, że nie muszę już tak często używać peelingu do twarzy bo i tak jest wygładzona - a wszystko to dzięki papai :). Podoba mi sie to tym bardziej, że pokończyłam wszystkie swoje peelingi enzymatyczne ;).
Jak wiecie lub nie - mam piegi, mnie to może zbytnio nie cieszy, ale maska ta faktycznie je delikatnie wybiela - czyli będzie w sam raz dla osób, dla których piegi są problemem ;).
Co więcej? Nie zapycha i nie podrażnia.
Skład:
Żeby nie było, że to produkt bez wad - apeluję o umieszczenie tej maski w innym pojemniku, bo jednak słój jest mało higieniczny.
A tak poza tym? Jestem zachwycona :).
Maskę-krem z papai Orientana kupicie miedzy innymi w Drogeriach Natura, Drogeriach Marysieńska, a także dobrych sklepach kosmetycznych i zielarskich w całej Polsce i oczywiście w sklepie producenta na www.orientana.pl
Miałyście do czynienia z tym produktem?
Jak przejrzałam opinie na kwc, to dziewczyny są zadowolone tak samo jak ja :))
Orientana mnie wreszcie pozytywnie zaskakuje
Hej!
Kto się zdziwił tytułem? Przyznać się ;). Do tej pory miałam z Orientaną na bakier, albo ich produkty nie robiły u mnie nic, albo pachniały nie do wytrzymania, albo podrażniały... Małym wyjątkiem była odlewka szamponu od Anuli, ale to była odlewka, nie wiem jak by szampon się spisał przy dłuższym stosowaniu. Dlatego nie zmienił mojego obrazu kosmetyków tej firmy - niezbyt przyjemnego obrazu...
Aż tu, za sprawą Green Boxa i Anuli ;) dostałam olejek do ciała - jaśmin indyjski.
Niepozorna buteleczka o pojemności 55 ml skrywa w sobie jasnozłotą zawartość. Etykiety dopełniają ślicznego wyglądu całości. Buteleczka mimo swojej niewielkiej pojemności jest ze mną już bardzo długo i wszystko wskazuje na to, że jeszcze sporo pobędzie, a wszystko dzięki wspanialej wydajności olejku, który skrywa.
Z tyłu buteleczki znajdziemy trochę informacji o produkcie, w tym jego skład, który jest bardzo zielony :).
Same zobaczcie:
Heliantus Annus Seed Oil (olej z ziaren słonecznika), Sesamum Inndicum Seed Oil (olej sezamowy), Olea Europea Oil (olej z oliwek), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olej migdałowy), Simmondsia Chinensis Oil (olej jojoba), Prunus Armeniaca Oil (olej z pestek moreli), Triticum Vulgare Oil (olej z kiełków pszenicy), Jasminum Officinale Flower Oil (olejek jasminowy), Tocopherol (wit E)
Olejek jak to olejek ma tłustą, płynna konsystencję, która jednak (czym mnie zaskoczyła) bardzo szybko się wchłania! I to do zera. Nie ma mowy o pozostawionej tłustej czy lepkiej warstwie. Za to zyskujemy aksamitnie gładką, miękką i nawilżoną skórę! Jestem w szoku, działanie jest wspaniałe! Jeszcze żaden olejek tak pięknie mi się nie wchłonął.
Dodatkowo działanie na naszą skórę nie jest tymczasowe, rezultat po porannym wsmarowaniu utrzymuje się cały dzień i uwierzcie mi, z radością dotykam swojego ciała, jest to bardzo przyjemne!
Na sam koniec opowiem Wam o zapachu, to jego obawiałam się najbardziej. Nie przepadam za jaśminem, może jakoś bardzo mnie nie męczy, ale nie jest moim ulubieńcem. A Orientana z reguły ma bardzo mocne zapachy produktów. Tutaj też na początku wydawało mi się, że zapach mnie przytłoczy, ale to była tylko chwila. Zapach jest delikatny i ładny. Jest to jaśmin, ale taki, który czujemy gdy otworzymy okno w czerwcu, a krzak znajduje się gdzieś w rogu naszej działki. Subtelny, piękny, ciepły i taki letni! W sam raz na błotną pogodę za oknem ;). Na skórze się nie utrzymuje, a więc tylko podczas nakładania go mamy chwilę by opłynąć myślami do lata.
Dziękuję Ci Aniu za niego!
Kto się zdziwił tytułem? Przyznać się ;). Do tej pory miałam z Orientaną na bakier, albo ich produkty nie robiły u mnie nic, albo pachniały nie do wytrzymania, albo podrażniały... Małym wyjątkiem była odlewka szamponu od Anuli, ale to była odlewka, nie wiem jak by szampon się spisał przy dłuższym stosowaniu. Dlatego nie zmienił mojego obrazu kosmetyków tej firmy - niezbyt przyjemnego obrazu...
Aż tu, za sprawą Green Boxa i Anuli ;) dostałam olejek do ciała - jaśmin indyjski.
Niepozorna buteleczka o pojemności 55 ml skrywa w sobie jasnozłotą zawartość. Etykiety dopełniają ślicznego wyglądu całości. Buteleczka mimo swojej niewielkiej pojemności jest ze mną już bardzo długo i wszystko wskazuje na to, że jeszcze sporo pobędzie, a wszystko dzięki wspanialej wydajności olejku, który skrywa.
Z tyłu buteleczki znajdziemy trochę informacji o produkcie, w tym jego skład, który jest bardzo zielony :).
Same zobaczcie:
Heliantus Annus Seed Oil (olej z ziaren słonecznika), Sesamum Inndicum Seed Oil (olej sezamowy), Olea Europea Oil (olej z oliwek), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olej migdałowy), Simmondsia Chinensis Oil (olej jojoba), Prunus Armeniaca Oil (olej z pestek moreli), Triticum Vulgare Oil (olej z kiełków pszenicy), Jasminum Officinale Flower Oil (olejek jasminowy), Tocopherol (wit E)
Olejek jak to olejek ma tłustą, płynna konsystencję, która jednak (czym mnie zaskoczyła) bardzo szybko się wchłania! I to do zera. Nie ma mowy o pozostawionej tłustej czy lepkiej warstwie. Za to zyskujemy aksamitnie gładką, miękką i nawilżoną skórę! Jestem w szoku, działanie jest wspaniałe! Jeszcze żaden olejek tak pięknie mi się nie wchłonął.
Dodatkowo działanie na naszą skórę nie jest tymczasowe, rezultat po porannym wsmarowaniu utrzymuje się cały dzień i uwierzcie mi, z radością dotykam swojego ciała, jest to bardzo przyjemne!
Na sam koniec opowiem Wam o zapachu, to jego obawiałam się najbardziej. Nie przepadam za jaśminem, może jakoś bardzo mnie nie męczy, ale nie jest moim ulubieńcem. A Orientana z reguły ma bardzo mocne zapachy produktów. Tutaj też na początku wydawało mi się, że zapach mnie przytłoczy, ale to była tylko chwila. Zapach jest delikatny i ładny. Jest to jaśmin, ale taki, który czujemy gdy otworzymy okno w czerwcu, a krzak znajduje się gdzieś w rogu naszej działki. Subtelny, piękny, ciepły i taki letni! W sam raz na błotną pogodę za oknem ;). Na skórze się nie utrzymuje, a więc tylko podczas nakładania go mamy chwilę by opłynąć myślami do lata.
Dziękuję Ci Aniu za niego!
Orientana - krem pod oczy z rozmarynem
Hej!
Dzisiaj będzie o kremiku, który mnie zawiódł. Właściwie miałam nie pisać tej recenzji, tylko go oddać lub wyrzucić i zapomnieć. Jednak postanowiłam podzielić się z Wami swoimi wrażeniami.
Oto i on:
Opakowanie ładne. Biała tubka z której łatwo wydobyć kosmetyk, ładna grafika, która się nie ściera wraz z używaniem. Tu nie mam się do czego przyczepić.
Konsystencja: taki lejący się delikatnie krem, lekka, pomyślałby człowiek, że szybko się będzie wchłaniać... I tak jest, wchłania się błyskawicznie, wszędzie oprócz na skórze pod oczami, gdzie jest i jest i jest...
Zapachu jak dla mnie ta maska-krem nie ma.

Stosowałam przez długi czas, w opakowaniu prawie nic nie ubyło - a więc + za wydajność, starczy na wieki.
No ale czym mnie do siebie tak zraził ten krem?
Po pierwsze: nie niwelował opuchlizny, a wręcz przeciwnie, oczy były bardziej opuchnięte
Po drugie: skóra pod oczami rano sprawiała wrażenie jeszcze bardziej zmęczonej, tak jakby ten krem nie pozwalał jej oddychać.
Po trzecie: potwornie długie wchłanianie (ale tylko na skórze pod oczami)
Po czwarte: słabe nawilżenie okolic oczu
Na początku dawał uczucie ulgi, jednak po tygodniu to się zmieniło i tak właściwie nie robił już nic tylko denerwował.
Tyle dobrego, że oczy po nim nie piekły...
Skład:
Miałyście z nim do czynienia?
Ja chyba zakończę znajomość z tą firmą, bo na 4 produkty które miałam, 3 mi nie podpasowały.
Dzisiaj będzie o kremiku, który mnie zawiódł. Właściwie miałam nie pisać tej recenzji, tylko go oddać lub wyrzucić i zapomnieć. Jednak postanowiłam podzielić się z Wami swoimi wrażeniami.
Oto i on:
Opakowanie ładne. Biała tubka z której łatwo wydobyć kosmetyk, ładna grafika, która się nie ściera wraz z używaniem. Tu nie mam się do czego przyczepić.
Konsystencja: taki lejący się delikatnie krem, lekka, pomyślałby człowiek, że szybko się będzie wchłaniać... I tak jest, wchłania się błyskawicznie, wszędzie oprócz na skórze pod oczami, gdzie jest i jest i jest...
Zapachu jak dla mnie ta maska-krem nie ma.
Stosowałam przez długi czas, w opakowaniu prawie nic nie ubyło - a więc + za wydajność, starczy na wieki.
No ale czym mnie do siebie tak zraził ten krem?
Po pierwsze: nie niwelował opuchlizny, a wręcz przeciwnie, oczy były bardziej opuchnięte
Po drugie: skóra pod oczami rano sprawiała wrażenie jeszcze bardziej zmęczonej, tak jakby ten krem nie pozwalał jej oddychać.
Po trzecie: potwornie długie wchłanianie (ale tylko na skórze pod oczami)
Po czwarte: słabe nawilżenie okolic oczu
Na początku dawał uczucie ulgi, jednak po tygodniu to się zmieniło i tak właściwie nie robił już nic tylko denerwował.
Tyle dobrego, że oczy po nim nie piekły...
Skład:
Miałyście z nim do czynienia?
Ja chyba zakończę znajomość z tą firmą, bo na 4 produkty które miałam, 3 mi nie podpasowały.
Orientana - maska z naturalnego jedwabiu pod oczy
Hej :)
Było o włosach, więc co powiecie na pielęgnacje twarzy?
Dziś postanowiłam przedstawić Wam maskę pod oczy od firmy Orientana. Jest to moje pierwsze zetknięcie się z tą firmą, o której tak często czytam na Waszych blogach. Czy jestem zadowolona? Czytajcie dalej :)
Oto i główna bochaterka:
Dwa płatki znajdują się w saszetce,którą bardzo łatwo otworzyć (nawet śliskimi rękoma). Opakowanie posiada w mnie bardzo ładną, wiosenną grafikę.
Producent zapewni o:
Na oku mym:
Jak widać nie przylega najlepiej. Strasznie ciężko nakładało mi się te płateczki, są one bardzo delikatne i nieprzyjemnie się nimi manewruje.
Maska nie zsuwała mi się i nie przemieszczała po nałożeniu - została na miejscu aż do ściągnięcia.
Dla mnie produkt ten nie posiada kompletnie zapachu, a szkoda, bo lubię zapach rozmarynu :)
Skład:
A jak z działaniem?
Nie pisałabym tej recenzji gdyby nie fakt, że producent zapewnia natychmiastowy efekt - u mnie go nie było. Może miałam za małą opuchliznę by efekt był dostrzegalny... Na pewno jednak nie zniwelowały mi te płatki cieni pod oczami, których się nabawiłam (rzadko to się u mnie zdarza).
No i najważniejsza sprawa - szczypały mnie delikatnie oczy. Nie było żadnego podrażnienia, ani nic w tym stylu tylko takie szczypanie, coś w stylu szczypania po cebuli, tylko delikatniejsze. Sprawiło to, że nie potrafiłam się zrelaksować i z ulgą ściągnęłam je z oczu.
Za opakowanie zapłacimy ok 10 zł
Miałyście może te płateczki? Może u Was się lepiej spisały?
Pozdrawiam
Żan
Było o włosach, więc co powiecie na pielęgnacje twarzy?
Dziś postanowiłam przedstawić Wam maskę pod oczy od firmy Orientana. Jest to moje pierwsze zetknięcie się z tą firmą, o której tak często czytam na Waszych blogach. Czy jestem zadowolona? Czytajcie dalej :)
Oto i główna bochaterka:
Dwa płatki znajdują się w saszetce,którą bardzo łatwo otworzyć (nawet śliskimi rękoma). Opakowanie posiada w mnie bardzo ładną, wiosenną grafikę.
Producent zapewni o:
Na oku mym:
Jak widać nie przylega najlepiej. Strasznie ciężko nakładało mi się te płateczki, są one bardzo delikatne i nieprzyjemnie się nimi manewruje.
Maska nie zsuwała mi się i nie przemieszczała po nałożeniu - została na miejscu aż do ściągnięcia.
Dla mnie produkt ten nie posiada kompletnie zapachu, a szkoda, bo lubię zapach rozmarynu :)
Skład:
A jak z działaniem?
Nie pisałabym tej recenzji gdyby nie fakt, że producent zapewnia natychmiastowy efekt - u mnie go nie było. Może miałam za małą opuchliznę by efekt był dostrzegalny... Na pewno jednak nie zniwelowały mi te płatki cieni pod oczami, których się nabawiłam (rzadko to się u mnie zdarza).
No i najważniejsza sprawa - szczypały mnie delikatnie oczy. Nie było żadnego podrażnienia, ani nic w tym stylu tylko takie szczypanie, coś w stylu szczypania po cebuli, tylko delikatniejsze. Sprawiło to, że nie potrafiłam się zrelaksować i z ulgą ściągnęłam je z oczu.
Za opakowanie zapłacimy ok 10 zł
Miałyście może te płateczki? Może u Was się lepiej spisały?
Pozdrawiam
Żan
Subskrybuj:
Posty (Atom)
