Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

Ach ta Sycylia!

Hej Kochani! Wracam do Was opalona i wypoczęta i na wstępie przepraszam, że nic na czas swojego wyjazdu nie przygotowałam na bloga. Najzwyczajniej nie miałam kiedy - wiecie jak to jest, pakowanie, praca, działka, dom... Ale za to teraz witam się i zabieram w magiczne miejsce - na Sycylię!

Nie da się ukryć, że Sycylia jest niesamowita i zaskakująca. A jej mieszkańcy - szalenie mili! Mało kto tam mówi po angielsku, ale są na prawdę życzliwi i pomocni. A! No i niezłe z nich heheszki ;) Jak już ktoś po angielsku mówi to czasami ciętym żarcikiem ciśnie :D Taka na przykład anegdotka: siedzimy sobie w restauracji, zjedliśmy po makaronie, zamówiliśmy też tiramisu i W. wyszedł na dwór porozmawiać z rodzicami przez telefon. Gdy wrócił, zaczepił kelnera, że jeszcze tiramisu zamawialiśmy, ten je przyniósł, zjedliśmy, chcemy płacić. A tam tiramisu nabite 4 razy. No to Wojtek wyjaśnia, oni oczywiście z uśmiechem przepraszają i poprawiają, ale przy okazji pada żarcik, że to ja zjadłam jak jego nie było i nie widział ;) Może opisane na sucho nie brzmi to wszystko tak zabawnie, ale to wszystko tam robiło atmosferę takiego przyjaznego dogryzania sobie jakbyśmy byli dobrymi znajomymi a nie obcymi turystami.

To tyle może słowem wstępu, zabieram Was teraz w świat niesamowitych widoków!

Krótka relacja z wyjazdu nad morze

Hej!
Dzisiejszy post będzie jeszcze z tych luźniejszych, opierających się głównie na zdjęciach, wspominających wakacje (bo czy istnieje lepszy moment na wspominanie wakacji niż wrzesień?).
Wyjazd nad morze był dość spontaniczny, był pomysł, była realizacja. Szybko, prosto, a że mieliśmy zaproszenie od rodziny z Sopotu nie było wyjścia - trzeba jechać i już!


Przyznam, ze mieliśmy mnóstwo szczęście jeśli chodzi o pogodę! Przez ten nasz tydzień nad morzem skorzystaliśmy więcej niż większość co była tam nawet miesiąc. Nigdy nie byłam tak opalona po wakacjach jak teraz... Serio! Nad morzem mogę sobie poleżeć, popatrzeć na fale, posłuchać szumu, pospacerować po plaży. Leżeć nad jeziorem w ogródku itd.? Nigdy w życiu! By mnie prędzej piorun chyba trafił, nie wytrzymałabym i już. A morze? To inna bajka (jednak górom nigdy nie dorównają :p).



Pierwszego dnia gdy przybyliśmy do Sopotu po południu wybraliśmy się tylko na spacer nad morze, zapomnieliśmy jak piękne ono jest! Zrobiliśmy plażą spory kawałeczek, nacieszyliśmy się fajną pogodą i robiliśmy plany gdzie się wybierzemy przez najbliższe 4 dni. Niestety pogoda następnego dnia nas nieprzyjemnie zaskoczyła, jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło! Gdyby nie ten deszczowy, niezbyt przyjemny dzień nie pojechalibyśmy do Gdańska! (a nigdy w nim nie byłam...) Szybką kolejką miejską z Sopotu wyruszyliśmy do Gdańska, gdzie spędziliśmy czas do godziny 15 oglądając to piękne miasto. Wędrując po tych ślicznych uliczkach, oglądając to wszystko z góry (z wieży Kościoła) człowiek musi się zachwycić! (Jeśliby ktoś z Was nie był nigdy w  Gdańsku to polecam bardzo!)


Jednak po zwiedzaniu miasta stwierdziliśmy, ze to dla nas mało! Więc popłynęliśmy statkiem (fajna sprawa, dużo się mogliśmy dowiedzieć po drodze i zobaczyć Gdańsk z nieco innego ujęcia) na Westerplatte (znowu - ani ja, ani W. nigdy wcześniej nie odwiedziliśmy tego miejsca, a warto). Smutno mi jednak, że tak bardzo zaniedbane są to budowle... Na szlaku, który można przejść przez las i zobaczyć po kolei jak przebiegała obrona była sporo śmieci, na wieży obserwacyjnej śmierdzi sikami, w schronach też ludzie sobie zrobili śmietnik (okropność!).  Nie spodziewałam się jednak, że ten półwysep jest tak mały, lubię poznawać w ten sposób historię, człowiek zaczyna inaczej do wszystkiego podchodzić...

Po powrocie do Sopotu zdecydowaliśmy, że jeszcze mamy za mało atrakcji ;). Więc poszliśmy na seans kinowy na molo (film mocny, ciężki, festiwalowy - El Clan, napiszę coś o nim kiedy indziej bo zdecydowanie popsułby radosną atmosferę tego wpisu...).
 
tu widać klif (zapomniałam zrobić zdjęcie z bliska)
Miało byś mało tekstu wiem... Ale co poradzić! Dnia następnego było za to piękne słońce, więc wyruszyliśmy na plażę, a na której spędziliśmy może z 1,5 h ;). Tacy z nas plażowicze. Resztę dnia poświęciliśmy na spacer po plaży z Sopotu do Orłowa, by obejrzeć sobie klif (KLIK). Jest piękny i na prawdę robi wrażenie. Idąc od plaży przy molo w Sopocie po kolei mijaliśmy plażę rowerzystów (blisko ścieżka rowerowa), plażę psią (wszyscy mieli tam psiaki), plażę wypełnioną pięknymi kamieniami - spacer przy brzegu daje dużo radości :).


Zmęczeni wędrówką miło spędziliśmy czas w Domku Żeromskiego - fajne miejsce, klimatyczne, smaczne ciasto i dobra kawa (jednak młyn tam mają niesamowity...). A! Bym zapomniała, tego dnia na klifie i w okolicach minęliśmy 6 par młodych robiących sobie zdjęcia plenerowe ;).

I uwierzycie, że to jeszcze nie koniec atrakcji tego dnia? Wieczorem, jako że mieliśmy w planach pożegnać się z Sopotem, wybyliśmy na miasto, a dokładniej do Browaru Sopot. Oboje jesteśmy tym miejscem zachwyceni - fajny klimat, pyszne jedzenie i genialne piwo! Jak nigdy nie lubiliśmy z W. pszenicznego tak to od nich jest po prostu świetne. Spędziliśmy tam cudowny wieczór, kelner, który nas obsługiwał był też fajny - wszystko wiedział, doradzał, znał się na rzeczy po prostu. To był idealny lokal by zakończyć swoją Sopotową przygodę ;). 


Z rana wyruszyliśmy do Białogóry, rozbiliśmy namiot na kempingu 'Checz Kaszubska", który bardzo polecam - czysto, łazienki, można też mieć prąd jak ktoś potrzebuje, ubikacje, pilnowane wszystko i nie drogo (zapłaciliśmy mniej niż 50 zł za dobę (namiot + dwie osoby + samochód + opłata klimatyczna). Jednak to co jest najpiękniejsze w Białogórze to cudowna droga na plażę przez las pachnący wrzosami i biały, cudowny piasek! Spędziliśmy czas na plaży aż do zachodu słońca, któy koniecznie chcieliśmy obejrzeć (tacy z nas romantycy...).


Następnego dnia mieliśmy wyruszyć dalej, na wydmy do Łeby, jednak stwierdziliśmy, że innym razem! Pospacerowaliśmy jeszcze trochę po lesie, poleżeliśmy na plaży, popływaliśmy w zimnym Bałtyku i wyruszyliśmy w podróż do domu...


 Tak nam upłynął ten czas... Zregenerowaliśmy siły i ruszamy do pracy! W końcu trzeba...

Zdjęciowo - prawdziwe oblicze naszej wędrówki na Rysy

Myślę, że zdjęcia będą mówić same za siebie. Pod tym postem chętnie odpowiem na wszystkie wasze pytania na temat tej wyprawy ;) Zdjęcia są w kolejności, już teraz nie skupiałam się na widokach, a na tym by pokazać jak to wyglądało - prawie krok po kroku.

















szczyt 








W Tatrach po raz kolejny

Hej!
Jak już zdążyliście zauważyć, mimo przeciwności losu wyjazd w góry się odbył. Miesiące organizacji nie poszły na marne, a ja wreszcie mogłam powrócić w miejsce, które rozkochało mnie w sobie od pierwszego wejrzenia - Tatry. Chciałam poczekać z relacją, aż dostanę zdjęcia od wszystkich, ale coś czuję, ze poczekam, więc najwyżej zrobię Wam powtórkę z anegdotkami - jesteście chętni na coś takiego?

Dziś chcę Wam pokazać jak było i co było tym razem, a także podzielić się z Wami czymś szczególnym :). Jednak zacznę od tego, że muszę Was uprzedzić - wczoraj miałam rwaną ósemkę, więc jakby tekst był momentami nieskładny lub coś z tym stylu po prostu dajcie mi znać i poprawię - bo w bólu ciężko się myśli...

No to zaczynamy!
Wyjazd - 3 rano z Lublina dwoma samochodami (tutaj małe wtrącenie jechaliśmy samochodami przygotowanymi na szybko, starymi, dlatego tak się martwiłam czy dojedziemy. Co do komentarzy pod wpisem, który usunęłam - nie mogliśmy jechać pociągiem - 4 przesiadki by nas czekały a i tak nie bylibyśmy na miejscu gdzie jest nasz domek, poza tym jesteśmy spod Lublina, skąd mamy pociąg i ktoś musiałby nas na dworzec przywieźć - u mnie nie ma busów tak wcześnie, a samochodów na dworcu zostawić nie można, nie jest to zbyt ciekawa okolica....)(a jednak to wtrącenie nie było takie małe...)



Do Zakopanego zajechaliśmy jakoś koło 10. Zrobiliśmy jeszcze zakupy w Biedronce i wbiliśmy na Krupówki na coś ciepłego do jedzenia. Niestety nie polecam restauracji Pstrąg Górski - miejsce ładne, ale czekaliśmy szalenie długo, mimo, że nie było wielu gości, jedzenie było słabe, kelner pomylił wszystkie zamówienia, nie mówiąc o tym, że dostaliśmy jedzenie w różnych porach, więc część jadła, a część się patrzyła - nie można było poczekać, chyba że potem część miała jeść zimne...
(kurde, referaty Wam zaczynam pisać...)

No dobra! To wracam do głównej opowieści - jak jedliśmy zaczął padać deszcz ;) Przerwał na chwilę, więc dotarliśmy do samochodu i się wypakowaliśmy w domku. A potem już lało przez resztę dnia, więc poświęciliśmy do na mycie, odpoczynek po podróży, rozmowy z właścicielami i poznawanie się - bo grupa była mocno mieszana. A znowu odchodząc od tematu - spaliśmy TUTAJ - bardzo polubiłam się z gospodarzami, są świetni po prostu! (A świadczy o tym na przykład fakt, że udostępnili nam pokój więcej by chłopaki nie musieli spać w jednym łóżku, za darmo, bez problemu).

I tak nam  minął dzień pierwszy... Nie martwcie się, teraz będą głównie zdjęcia!
Dnia drugiego wyruszyliśmy do Doliny 5 Stawów (skręcaliśmy na szlak przy Wodogrzmotach Mickiewicza). Pogoda była jaka była - pochmurno, padało co trochę, jednak daliśmy radę ;). Musieliśmy wprawdzie poczekać trochę w schronisku gdy była największa ulewa, ale za to zjedliśmy dzięki temu coś ciepłego (swoją drogą, pyszne mają jedzenie w tym schronisku). A teraz już tylko zdjęcia z tamtego miejsca!


Dzień drugi - odezwały się zakwasy ;) Uśmialiśmy się z siebie niesamowicie, a że pogoda znów była pochmurna stwierdziliśmy, że wybieramy coś lajtowego. Tego dnia miał być Nosal, ale wyszło tak, że weszliśmy na Myślenickie Turnie w drodze na Kasprowy Wierch. A! No i tego dnia papież przelatywał nad górami, więc w Kuźnicach oglądaliśmy Górali, jak śpiewają i przygotowują się do wejścia na Giewont z flagą :).


A w czwartek padał deszcz... I to taki, że nawet do samochodów byśmy nie doszli, nie wspominając nic o tym, że gór nie było widać wcale. Więc odpoczywaliśmy, w końcu w piątek na Rysy :) Stwierdziliśmy, że idziemy od polskiej strony i powiem Wam, że było ciekawie momentami. Znaczenia szlaku w pary miejscach były zasypane, więc musieliśmy wytężać wzrok by dobrze iść. Poza tym mieliśmy przez większość czasu widoki na chmury... Właściwie szliśmy w chmurach, momentami dopiero widzieliśmy gdzie jesteśmy i te chwile zapierały dech w piersiach. Ale weszliśmy! Na szczyt, po parunastu postojach w trakcie, drugim śniadaniu nad Morskim Okiem, po przekąskach czekoladowych w trakcie wspinaczki. Weszliśmy cali i zdrowi ;) I tu muszę wtrącić, że Kabanosy na szczycie smakują wybornie xD.

Czarny Staw pod Rysami
to zdjęcia pokazuje, jak wygląda szlak... Rysy to góra na którą trzeba się przygotować! I być cały czas skoncentrowanym, bo łatwo i upadek....
widok na stronę Słowacką ze szczytu
zdjęcia robione podczas schodzenia... stromo, stromo...

Ale nie tylko jedzenie i zdjęcia były tam na górze. W. wybrał to miejsce by mi się oświadczyć, wyżej w Polsce się już nie dało :) A więc dzielę się z Wami tą radosną nowiną! I jestem z tego powodu prze szczęśliwa!


Wędrówka na Rysy i z powrotem zajęła nam 11,5 h. Zrobiliśmy 28 km i mieliśmy jeszcze energię! Adrenalina dała nam dużego kopa :)

W sobotę za to wreszcie wybraliśmy się na Nosal - lekki szczyt na który warto wejść bo widoki są niesamowite - niech zdjęcia zresztą mówią za siebie:


Oprócz tego pokręciliśmy się pod skocznią, po Zakopanym i wróciliśmy do domku by zacząć pakowanie, w końcu w niedzielę wyjazd... Już tęsknię za tymi widokami... Góry są niesamowite i wiem, że wrócę tam znowu, najlepiej na miesiąc ;) albo całe życie ;).