Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomadka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomadka. Pokaż wszystkie posty

Dla mnie najlepsza

Przeglądając blogi nie trudno zauważyć, że pomadki Sylveco przetestowało już wiele z Was i wersja peelingująca cieszy się największą popularnością. Też ją bardzo lubię, chociaż drażni mnie zapach marcepanu - z tego co jednak widziałam powstała wersja miętowa! Będzie moja, niech no tylko ją gdzieś dorwę! Wracając jednak do rzeczy, peelingująca jest najczęściej chwalona, zaraz za nią plasuje się rokitnikowa a dopiero na samym końcu brzozowa. I to jest coś z czym moje usta się kompletnie nie zgadzają, bo wersja z betuliną położyła na łopatki wersję z cynamonem, którą zresztą opisywałam dawno, dawno temu o TU.


Opakowanie od pozostałych wersji różni się tylko kolorem i odpowiednim opisem. Tutaj jednak w porównaniu z wcześniejszymi wersjami pomadka mimo dociskania ustami sama nie wkręca się z powrotem. Możliwe że to zostało naprawione, bo Sylveco reaguje na opinie o swoich produktach i je poprawia (pompka w balsamie do włosów, powiększona pojemność płynu do higieny intymnej). Ogólnie opakowanie jest wygodne, napisy są dość trwałe, mimo upadków nie zaobserwowałam pęknięć.

Sama pomadka ma jasny kolor, w żaden sposób nie barwi ust a jej zapach jest bardzo subtelny. Dla mnie lekko miodowy ;) Nie ma też żadnego posmaku, nie klei ust, nie nabłyszcza jakoś za bardzo, za t robi to co powinna - pielęgnuje!


Już dawno nie miałam produktu, który robiłby tak dobrze moim ustom. Są dzięki niej miękkie, nawilżone, żadne wiatry im nie straszne. A co najlepsze gdy jednak dopuszczę do powstania suchych skórek ona sobie błyskawicznie z nimi radzi <3 No i nie muszę jej stosować co 5 minut by widzieć jej działanie. Z reguły 4 krotne użycie w ciągu dnia sprawia, że moim ustom nic więcej nie trzeba. Uwielbiam to uczucie!

Czy muszę dodawać coś jeszcze?

Brzozowa pomadka ochronna z betuliną jest hypoalergiczna i zawiera tylko naturalne składniki. Masło Shea (karite) i masło kakaowe wygładzają i uelastyczniają usta, natomiast olej sojowy, jojoba i wiesiołkowy nawilżają je oraz zapobiegają ich wysychaniu i pękaniu.  Pomadka stanowi doskonałą barierę ochronną przed mrozem, wiatrem i promieniami słonecznymi.

Skład: Glycine Soja Oil, Cera Alba, Lanolin, Butyrospermum Parkii Butter, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Oeonthera Biennis Oil, Theobroma Cacao Seed Butter, Betulin, Carnauba Wax.


Jej cena (poniżej 10 zł), dostępność, działanie i ogromna wydajność sprawiają, że należy do czołówki moich pomadek ochronnych. Zdecydowanie polecam!

Niewypały w mini recenzjach

Są kosmetyki, które wiele sobą obiecywały a wyszła klapa. Nie chce mi się o nich za często pisać i poświęcać im więcej uwagi, ale takie mini recenzje to chyba dobry sposób na to, by Wam je przedstawić. W końcu warto wiedzieć czego unikać, nie?

Na początek gagatek, który z początku wydawał mi się genialnym pomysłem! Minerały w formie kremu? Mega! Ale wyszło jak wyszło i po dłuższym używaniu na pewno Wam ich nie polecę, a szkoda bo minerały tej firmy lubię...


Felicea - poznaj polską naturalną kolorówkę! (pomadka)

Hej!
Teraz Was będę nachodzić z tą marką - co poradzić, skoro od razu zaczęłam testowanie wszystkich produktów co kupiłam i na dodatek wszystkie przypadły mi do gustu? A ta szminka ma cudowny odcień! Codziennie mam ją na ustach i uwielbiam dzięki niej swoje odbicie w lustrze (:p). Na pewno wykupię jeszcze inne odcienie! Ale już nie przedłużając! oto ona:


Znów mamy bardzo proste, minimalistyczne opakowanie, które mnie ujmuje :). Oprócz tego na górnym wieczku na samym górze znajduje się okienko przez które możemy ocenić kolor (ja gapa oczywiście nie pokazałam tego na zdjęciach). Samo opakowanie działa bez zarzutu - nie otwiera się samo, wysuwa się bez problemu, dodatkowo nie ma żadnych śladów na nim - noszę cały czas przy sobie a nie ma ani jednej ryski, napisy nadal jak nowe.

Pomadka ma delikatny grejpfrutowy zapach, który czuć właściwie tylko przy aplikacji. Nie byłaby jednak sobą gdybym nie pokazała Wam jej składu:

olej rycynowy, uwodorniona mieszanina trójglicerydów oleju kokosowego, skwalan oliwy z oliwek, wosk pszczeli, wosk Candelilla, wosk Carnauba, masło shea, olej jojoba, uwodorniony olej roślinny, witamina E, mika, grejpfrutowy olejek eteryczny, pigment mineralny biały, pigment mineralny czerwony

(tak, tak - dobrze widzicie, jest bliźniaczo podobny do pomadki pielęgnacyjnej, a więc możecie się spodziewać podobnego działania!


Tym zdjęciem powyżej proszę się nie sugerować co do koloru, zupełnie inaczej wygląda na ustach co możecie ocenić na zdjęciach poniżej. Jednak najpierw chcę Wam powiedzieć co nieco o właściwościach tej pomadki! Tak jak wspominałam wcześniej pomadka ta ma właściwe takie samo działanie jak pomadka pielęgnacyjna tej samej firmy, tyle że oprócz tego zapewnia nam jeszcze kolor.
Czyli mamy zapewnione nawilżenie, zabezpieczenie, brak suchych skórek, wygładzenie i to wszystko jeszcze w kolorze! Ja jestem nią zachwycona, zwłaszcza, że nakładanie jej na usta jest bardzo przyjemne, szybkie i łatwe. Idealnie się rozsmarowuje, nie migruje, ściera się równomiernie a do tego jak na szminkę nawilżającą bardzo ładnie się trzyma na ustach - gdy nie jem jest to ok 4 godziny!


Starałam się zrobić jak najwięcej zdjęć by oddać kolor tej pomadki - mój numer to 24, czyli szary róż. Widać też wykończenie - delikatny, perłowy połysk. Usta wyglądają zdrowo, są podkreślone, to jest to co lubię!

Teraz się czaję na kolory takie jak: koral, rubin i różowy kwarc - KLIK
A cena? 29 zł. Jak dla mnie się po prostu opłaca :)



Zadbane usta o zapachu mandarynki - Felicea

Hej!
Jestem w tym roku zawzięta na realizowanie własnych planów. Do tej pory często było tak, że mówiłam sobie, że muszę coś zrobić a potem wychodziło jak wychodziło... (czyli nie wychodziło). Ostatecznego kopa do realizowania własnych postanowień dała mi Ania (Ania Maluje). Żałuję, że tak późno poznałam jej bloga! Dziewczyna jest niesamowita, ale wiecie co zauważyłam? Wszystkie Anny jakie poznałam są świetne! W każdym bądź razie lektura jej tekstów dała mi trochę do myślenia i zmobilizowała do pewnych drobnych zmian dzięki którym czuję się po prostu lepiej. Kto więc jej nie zna, niech zagląda - tylko uwaga, jej posty wciągają! ;)

A co ma ten przydługi wstęp wspólnego z pomadką pielęgnacyjną firmy Felicea? Wbrew pozorom wiele. Kto mnie czyta na bieżąco zna moją listę kosmetycznych planów wakacyjnych. Marka ta jest jedną z tych, które bardzo chciałam poznać. I jak widzicie udaje mi się to!


Jak widzicie (i zobaczycie w pozostałych postach o produktach tej marki) Felicea stawia na prostotę. Białe opakowanie z nazwą firmy i zielonym listkiem, a także mini naklejką po drugiej stronie z informacją co to za produkt to wszystko co możemy zobaczyć. Plastik jest solidny, napisy się nie zdzierają, sztyft działa bez zarzutów a jego zawartość nie wypływa podczas upałów (ostatnio zostawiłam ją w samochodzie gdy były 34 stopnie i wszystko gra). Do tego przyjemny zapach mandarynki! Oprócz tej wersji zapachowej można wybrać miętową (męską) i grapefriutową z delikatnym różowym pigmentem (damską), ja zdecydowałam się na dziecięcą.


Jak widzicie do tej pory wszystko przedstawia się bardzo przyjemnie, a to jeszcze nie koniec! Mamy polską markę, kosmetyk naturalny z dobrym składem i niską cenę (9zł). Zresztą same spójrzcie na skład:
olej z nasion rącznika pospolitego (olej rycynowy), uwodorniona mieszanina monoglicerydów oleju kokosowego, skwalan z oliwy z oliwek, wosk pszczeli, wosk candelilla, wosk carnauba, masło shea, olej jojoba, uwodorniony olej roślinny, witamina E, mika, olejek eteryczny mandarynkowy, biały pigment mineralny

Każdy z tych produktów znalazł się w składzie z jakiegoś powodu. Olej z nasion rącznika pospolitego, odżywia i wygładza. Skwalan z oliwy z oliwek, naturalny emolient działa odżywczo i regenerująco. Olej Jojoba zmiękcza i tworzy warstwę lipidową. Zawarte w olejach roślinnych Niezbędne Nienasycone Kwasy Tłuszczowe (NNKT) tworzą barierę ochronną i regenerują naskórek, przeciwdziałają utracie wody, hamując w ten sposób procesy starzenia skóry.. Wosk Candelilla pielęgnuje, wygładza i natłuszcza. Wosk pszczeli znany jest ze swych właściwości regeneracyjnych i odżywczych. Witamina E działa kojąco i regenerująco, hamuje procesy starzenia skóry. Pomadki zawierają tylko naturalne barwniki.

Jest pięknie prawda? A jeszcze nawet nie dotarłam do tego jak fajnie ta pomadka działa...

No dobra już nie przeciągam! Pomadka ta doskonale pielęgnuje usta, daje długotrwałe uczucie nawilżenie, zapobiega suchym skórkom, usta są miękkie, każda szminka wygląda na nich fenomenalnie. Dodatkowo oprócz wyżej wymienionych pozytywów dochodzi jeszcze fakt, że pomadki tej na ustach nie czuję, jedynie jej cudowne działanie. Czyli nie ma klejenia, uczucia tłustości, za to delikatny, zdrowy blask. Cudowne uczucie! Ciekawa jestem bardzo jak będzie spisywała się w chłodniejszą aurę, mam nadzieję, że tak samo dobrze!

Znacie tą markę? Lubicie tak jak ja kupować polskie kosmetyki?

Balsam do ust Burt's Bees

Hej!
Jak Wam mija weekend? Ja wczoraj wreszcie spotkałam się z dwiema cudownymi dziewczynami! Jeju! Jak mi tego brakowało... Jestem teraz naładowana pozytywną energią i mam nadzieję, że nadchodzący tydzień nic nie zniszczy, a zapowiada się niezbyt ciekawie. Grunt to przetrwać do środy, potem jakoś zleci - mam nadzieję...

Jednak nie chcę Was obarczać moimi wynurzeniami ;) Dzisiejszy post ma Wam przybliżyć postać pewnego balsamu do ust marki Burts Bees. Oto i on:


Produkty tej marki już od dawna mnie ciekawiły i chciałam bardzo coś od nich mieć. Jakoś tak się złożyło, że gdy robiłam zakupy na iwos.pl akurat ten balsam był w promocji, więc wylądował w koszyku. Nawet nie sprawdzałam jaka to wersja, bo ogólnie marka kojarzyła mi się z miodem (a ja uwielbiam miodowe kosmetyki) i jakież było moje zdziwienie gdy się okazało, że miodowy to on nie jest ;) Także tak - brawo ja!


Mimo pierwszego zawodu, który jest tylko moją winą zaczęłam używać tego produktu. Balsam jest wygodny w użyciu - o wiele bardziej wolę te w sztyfcie niż słoiczkach - pokrętełko działa bez zarzutu, a balsam się nie rozpuszcza (a był w samochodzie jak były chwilowe upały niedawno). Jako, ze jest to wersja miętowa po użyciu czuć charakterystyczny zapach mięty i delikatne chłodzenie. Lubię ten efekt gdy jest ciepło, ale gdy siąpił deszcz i wiało chłodem to odstawiłam ten balsam do kąta ;)

Jak jednak z jego zdolnościami odżywczymi?
Ano jako tako. Balsam nawilża, ale na krótko. Suche skórki nadal się pojawiają a on sam jakoś szybko znika z ust nawet jak nic nie jem i nie mówię. Zużyję go, ale bez przyjemności, a szkoda...


Skład:
cera alba (beeswax, cire d'abeille), cocos nucifera (coconut) oil, helianthus annuus (sunflower) seed oil, mentha piperita (peppermint) oil, lanolin, tocopherol, rosmarinus officinalis (rosemary) leaf extract, glycine soja (soybean) oil, canola oil (huile de colza), limonene


Jaki balsam do ust polecacie?

Pomadka od Catrice

Hej!
Przepraszam, że tak znikam i się nawet nie odezwę... Jakoś tak doba nie chce mi się rozciągnąć ;)
Więc dziś post będzie lekki, czyli opisuję kolorówkę a nie pielęgnację ;)

Pomadkę od Catrice dostałam na spotkaniu blogerek ponad miesiąc temu. I powiem Wam, że polubiłam jej kolor, więc nawet często ją nosiłam. Niestety posiada pewne wady, które nie pozwalały mi nakładać jej na usta częściej...


Pomadka ma śliczne opakowanie, delikatnie jakby wytłaczany wzór - nie otwiera się sama w torebce, jest solidnie zrobiona. Niestety nie posiada na sobie żadnych informacji o produkcie... Nie mam pojęcia jaka to kolekcja a nawet jaki to kolor wg producenta... Hmm, trochę dziwne, nie?


Kolor bardzo mi się podoba, ma w sobie coś z koralu, nie jest bardzo intensywny, ale przyciąga wzrok w kierunku ust. Ładnie mi w nim ;)
Jednak!
- pomadka mocno podkreśla suche skórki,
- sama wysusza,
- ściera się nierównomiernie, na szczęście wolno - na prawdę nieźle trzyma się a ustach.

Poza tym, dość ciężko się ją rozprowadza, trzeba parę razy przejechać po ustach dociskając ją. Na szczęście nie migruje ani na zęby, anie gdzieś poza kontur ust :)


By móc ją nałożyć muszę zrobić intensywną pielęgnacje ust, bo inaczej nie wygląda to zbyt estetycznie...
A szkoda bo kolor piękny i taki mój...

No i nie wiem co mam myśleć o tym, że nic nie mogę więcej o niej powiedzieć... Przydałaby się jakaś informacja, a tu na opakowaniu nic...

Kolor stworzony dla mnie!

Hej!
Dziś będzie tyle zachwytów, że jak ktoś ma dość słodyczy na dziś to niech nie czyta ;). Jakiś czas temu pokazywałam Wam moją szminkową kolekcję... Od tamtego czasu powiększyła się o jedną sztukę, jedną cudowną sztukę - Romantic Rose od Lily Lolo.

Oto ona (kartonik po lewej stronie):

Naturalne szminki Lily Lolo fantastycznie nawilżą Twoje usta, jednocześnie nadając im głęboki, zmysłowy kolor o pięknym połysku. Wyjątkowa, naturalna formuła wzbogacona została witaminą E oraz ekstraktem z rozmarynu, który znany jest z właściwości regenerujących. W ofercie Lily Lolo znajdziesz zarówno szminki w intensywnych kolorach, idealnych do wieczorowych stylizacji, jak i odcienie bardziej stonowane, które świetnie dopełnią delikatniejszy makijaż dzienny.


No więc lecimy z tymi zachwytami!
Zacznę od opakowań, które są proste i bardzo eleganckie. Zawsze zostawiam ją gdzieś na wierzchu bo prezentuje się ślicznie. Poza tym minimalistyczny, czarno-biały design idealnie wpisuje się w aktualne trendy ;).
Oprócz efektownego wyglądu opakowanie zachwyca też trwałością, nie ma szans by otworzyło się same w torebce, upadki wszelakie (czasami bywam bardzo niezdarna - bez komentarza) też dzielnie znosi bez nawet najmniejszej ryski. Mimo intensywnego używania opakowanie nadal wygląda jak nowe :).


Mój kolor producent opisuje tak:

Romantic Rose w odcieniu intensywnego różu sprawi, że usta staną się ponętne i zmysłowe. Kolor szczególnie polecany wielbicielkom intensywnych odcieni szminek.

I zgadzam się z tym opisem i nie zgadzam ;). Dla mnie to nie jest typowy róż, ma w sobie różne tony, a nawet coś z koralu. Nie da się go dobrze opisać i przypisać do konkretnej kategorii. Nie da się mu też zrobić dobrego zdjęcia bo wygląda inaczej w zależności od światła. Wiem za to jedno - wyglądam i czuję się w nim fenomenalnie!


Widzicie już o czym pisałam powyżej? Ten kolor jest prawie jak kameleon - trzeba do zobaczyć na żywo by się przekonać jak na prawdę wygląda.


Pomadka ta jest kryjąca - wystarczy jedna warstwa by dobrze przykryć nią usta. A robi się to wyjątkowo przyjemnie dzięki jej jedwabiście kremowej konsystencji. Dodatkowo daje uczucie nawilżenia i odżywienia ust - nie ma mowy o suchych skórkach nawet przy moich mocno wymagających ustach! Dla mnie to strzał w 10. Pomadka, która dba o moje usta jest niezastąpiona - używam jej dzięki temu codziennie :)


Jej trwałość na ustach jest dla mnie w porządku - gdy nic nie jem coś ponad 2 godziny, nawet do 3. Jednak gdy się je warto spojrzeć czasami w lusterko, ponieważ nie zawsze ściera się wtedy równomiernie.
Jednak nawet wtedy nie zbiera się w załamaniach . Biorąc pod uwagę, że to pomadka nawilżająca jej trwałość uważam za bardzo dobrą.

Pojemność: 4g
Cena: 48,90zł
Dostępność: sklep internetowy Costasy 
 
Skład:


Prawda, że piękny?
I już wiadomo skąd to działanie pielęgnacyjne :).

Podsumowując - jestem oczarowana! Kolor jest wprost stworzony dla mnie. Nadaje się zarówno na co dzień, jak i na wieczorne wyjście. Dodatkowo dbamy w ten sposób o usta, jestem w niebie (i to naturalnym!) ;)

 Jestem ciekawa czy znacie pomadki z Lily Lolo?

Żaneta w kolorze

Hej!
Dziś post krótki i przyjemny, a przynajmniej mam taką nadzieję ;). Planowałam go już od bardzo, bardzo dawna i wreszcie nadszedł ten moment! ;)
Bodźcem stymulującym okazała się Esy :* i jej akcja na instagramie siedem szminek w siedem dni. W prawdzie nie mam 7 szminek, ale tyle ile mam Wam pokarzę :).

Oto ja w kolorze ;)

wibo eliksir nr 7
nie wiem co to za szminka..
wibo eliksir nr5
avon matte blossom
decoderm
Ta ostatnia to na prawdę fuksja... Ale tu jakoś tak dziwnie wyszła...

Co myślicie? Jaki kolor by mi pasował? Jaki mogę sobie dokupić? :)



Biogena - ratunek dla ust i paznokci?

Hej! 
Wracam do Was :). Melduję, że wczorajszy dzień był cudowny :).
Ale pora na recenzję! Dziś będzie o dwóch produktach marki Biogena, które dostałam na spotkaniu blogerek w Chełmie w ostatni weekend wakacji.

Na pierwszy ogień - wzmacniające serum do pielęgnacji paznokci i skórek

To może opakowanie opiszę raz dla obu produktów bo są identyczne. Na papierowym kartoniku znajdziemy masę informacji o produkcie. Od obietnic, informacji o marce, ciekawostek o produktach aktywnych po skład.
Wszystko dodatkowo prezentuje się bardzo ładnie - kartoniki są świetnie dopracowane pod względem grafiki.

Skład serum:

Coś jednak jest nie tak w obu opakowaniach - mianowicie plastikowe opakowanie które znajdujemy w środku bardzo szybko pęka, produkt się przez to wylewa i możemy korzystać zarówno z serum jak i z balsamu tylko w domu - no chyba że lubimy mieć wszystko w tłustej zawartości...

Serum ma ładny, arbuzowy? zapach.
Gdyby nie wadliwe opakowanie ładnie by się go aplikowało na paznokcie ze względu na wygodny pędzelek. Jednak fakt, że go zaaplikowaliśmy na paznokcie nie oznacza że to serum tam zostanie. Przez swoją oleistą konsystencję serum nagle znajduje się na całych palcach - nie mam pojęcia jak to się dzieje, ale zaraz całe dłonie mam tłuste.
Poza tym serum bardzo, bardzo wolno się wchłania...


A jak z działaniem?
Gdy był czas że moje paznokcie były bardzo bardzo bardzo zniszczone, widziałam poprawę - ubyło tak z 2 bardzo. Ale to wszystko. Później wszystko stanęło i jak miałam problem ze skórkami tak nadal mam.
Co do rozdwajania się nie wypowiem bo nie mam z tym problemu, ale szczerze mówiąc nie zauważyłam by ten produkt w jakikolwiek sposób wpływał na płytkę...

A teraz o nawilżająco - regenerującym balsamie do ust:

Opakowanie takie samo jak przy serum do paznokci, a więc nie będę się nad nim rozpisywać :).

Zapach?
Dziwny, niby słodko - kwiatowy, ale ma w sobie coś chemicznego.
Konsystencja też tłusta, oleista, ale w tym wypadku bardziej jakby żelowa. Bez problemu aplikuje się ten balsam na usta za pomocą aplikatora. Długo też na ustach zostaje - czuję to. I nie jest to zbyt przyjemne cały czas czuć, że ma się na ustach coś klejącego...


Skład:

A działanie?
Znowu zostałam niemile zaskoczona jego brakiem..
Przy nakładaniu mam wrażenie pozornego nawilżenie, ale potem to znika i zostaje tylko klejąca tłustość.
Po zmyciu usta jak były wysuszone tak są nadal.
Brak regeneracji, brak wpływu na pękanie.... Okropny balsam!


Jak same widzicie nie jestem zadowolona z tej dwójki.. Ale może Wy macie o nich inne zdanie? Chętnie poczytam :)




Pomadka peelingująca od Sylveco

Hej!
Dziś będzie o kolejnym produkcie marki Sylveco, który trafił w moje ręce. Jak już pewnie wiecie, bardzo lubię się z kosmetykami tej firmy i mam już paru ulubieńców, należą do nich m.in.: żele do twarzy, micel czy balsam do mycia włosów. Pomadka peelingująca również trafiła do tego grona :).

Oto ona:

Pomadkę dostajemy zapakowaną w kartonik, na którym znajdują się wszystkie informacje o produkcie. Nie mam nic do zarzucenia szacie graficznej kartonika, mi się podoba. Samo opakowanie pomadki zrobione jest z porządnego plastiku, który mimo upadków nadal się trzyma, nigdzie nie popękał. Olbrzymi plus też za to, że napisy się nie ścierają - strasznie tego nie lubię!
Ale jest też mały minus - by nałożyć pomadkę na usta trzeba przytrzymać odpowiednio opakowanie by się pomadka nam nie zsunęła z powrotem.


Skład jak to zwykle w produktach Sylveco jest bardzo przyjemny a obietnice producenta wcale nie są przesadzone.
Pomadka dzięki drobinkom cukru w niej zawartym świetnie radzi sobie z peelingowaniem ust. Znikają suche skórki, za to dzięki olejom moje usta są nawilżone na długo. Przy czym nie ma mowy o lepiących się wargach, a efekt nawilżenia zostaje ze mną na długo. Odkąd używam tej pomadki pozbyłam się kłopotu z suchymi skórkami.
Niektórzy uważają, że drobinki są zbyt ostre - jak dla mnie są w sam raz. Poza tym dla mnie przynajmniej, peeling ust jest bardzo przyjemny :).

Moje usta po użyciu pomadki:

Jedyne co mi w niej przeszkadza to zapach - jakby marcepanowy? Coś w tym stylu, a ja za nim nie przepadam. Jednak z czasem przyzwyczaiłam się i teraz już go tak nie odczuwam.

Pomadkę należy zużyć w ciągu 3 miesięcy od otwarcia - jest to trudna sprawa. Używam jej i używam a jej nadal jest bardzo dużo. Także wydajność ma na prawdę świetną.
No i taka pomadka jest dużo higieniczniejszym rozwiązaniem niż peeling  w słoiczku...


Miałyście może? Co o niej myślicie?