Niezły balans!

Jestem niepoprawna jeśli chodzi o produkty do włosów. Ciągle mam ochotę na coś nowego, mimo że, mam swoich niekwestionowanych ulubieńców, które po prostu za każdym razem robiły mi WOW na głowie ;) Dzisiejszy produkt też mógłby dołączyć do tego grona, chociaż nie jest ideałem. Seria White Agafia jest certfikowana, co jest nowością przy kosmetykach rosyjskich. Na dodatek mimo certyfikatu nadal jest bardzo tanio. No żal nie spróbować!


Saharacactus prezentuje: mydło z maceratu kwiatu opuncji figowej

Ojej, ale się rozleniwiłam blogowo! Aż mi wstyd, że tak znikam, że zatraciłam swoją regularność w pisaniu. Ale wiecie... im dłuższa przerwa tym trudniej jest do tego wrócić. A ja się ostatnio jakoś tak pogubiłam, w blogosferze czułam się bardziej nieswojo. Jednak lubię ten mój uśmiechnięty kącik i mimo wielu myśli o porzuceniu bloga stwierdziłam, że tego nie chcę. Że nadal będę robić to co mi się podoba i jak mi się podoba. I mam nadzieję, że Wy nadal będziecie chcieli tu zaglądać. 
A teraz chwila wyjaśnienia dlaczego nie mam czasu dla tego miejsca - ciężko okres w pracy to po pierwsze, a po drugie, to przygotowania do ślubu. Chcę by wszystko było pięknie i tak jak sobie wymarzyłam, ale to wymaga więcej mojej pracy, zwłaszcza jak się nie chce przekroczyć budżetu ;)

Wracam jednak do Saharacactusa i jego wytworu, w końcu to o nim chcę Wam dzisiaj poopowiadać!
Przedstawiam mydło z maceratu z opuncji figowej!


Zające przybyły, czyli nowości

Ten miesiąc, mimo że to tak właściwie dopiero jego początek obfitował w nowości. Mniej i bardziej zamierzone ;) Zającowe stwierdzenie zapoczątkowała Anulka, która przysłała mi cudną, lawendową paczuszkę w ramach niby zającowych znajomości. Podobno spotkała takiego jednego po drodze i wzięła przesyłkę dla mnie :p Anulko Kochana, dziękuję Ci z całego serca za tak niesamowitą niespodziankę :*


Olejek do ciała z algami i arniką

Czy u Was też trwa przedświąteczne szaleństwo? W domu mam wszystko pod kontrolą, ale pacjenci w pracy przechodzą sami siebie ;) Przychodzą nie na swoje godziny bo "wie Pani, święta, okna trzeba umyć, porządki, ładna pogoda to trzeba na działeczkę pojechać" ;) I tak w kółko, przez co pierwsza zmiana to istna masakra, tłum ludzi i wszyscy mają pretensje, że muszą czekać, a przecież im się śpieszy! 

W takich chwilach doceniam to, że pachnę lawendą i ten zapach mnie uspokaja i odpręża. Zwłaszcza, jak jest to ten prawdziwy, niepowtarzalny aromat a nie jakaś sztuczna imitacja. Zdradzę Wam sekret - moje wesele będzie lawendowe ;)


Pielęgnacja twarzy na bogato

Przykładam bardzo dużą wagę do pielęgnacji mojej twarzy Sięgam po produkty o świetnych składach, które mają szanse zdziałać coś z moją nadmierną suchością. Gdy otrzymałam wygraną Anulki, czyli produkty Santaverde byłam w siódmym niebie. Te składy są niesamowite, tak samo zresztą jak ceny, to górna półka jeśli chodzi o kosmetyki naturalne. Wyższa klasa, a więc mam nadzieję, że rozumiecie moją ekscytację. Po produkty, które Wam dzisiaj przedstawię sięgnęłam w najgorszym okresie dla mojej cery - ciągła suchość, ostające skórki, do tego pojawiły się wągry na nosie (a już dawno nie miałam z nimi problemu...). Jak się sprawdziło serum i krem w tak ekstremalnych warunkach? Same się przekonajcie!


A to było tak...

Jeeej, pomarudzę Wam i wcisnę stare, dobre "jak ten czas szybko leci" ;)
Miesiąc temu świętowałam Dzień Kobiet w wyjątkowym, blogerskim gronie i do tej pory Wam o tym nie wspomniałam! Na prawdę nie wiem jak do tego doszło. Pędzę więc dziś i nadrabiam zaległości w tym temacie.


Owocowa eksplozja?

Co za piękna pogoda za oknem! Wykorzystuję ją jak mogę, dlatego nie ma mnie w wirtualnym świecie ;) Okna pomyte, kwiatki posadzone, dywany wytrzepane, niepotrzebne rzeczy wyrzucone. Zaszalałam i od razu mi lepiej, jakoś lżej. Dzisiejszy dzień będzie pełen relaksu, zaczął się pysznym śniadaniem i dużą dawką rozrywki - był serial, książka, ładne ciuchy, no i teraz blog! Dzisiaj mam czas na wszystko.


Peeling enzymatyczny od Sylveco

Wiem, że dzisiejszymi zdjęciami zupełnie nie wpisuję się w obecną pogodę... Jak nigdy zachciało mi się zdjęć na śniegu, a testy potrwały na tyle długo, że zimowa aura zdążyła się skończyć ;)
Mam tylko nadzieję, że tymi fotkami nie przywołam zimna z powrotem ;)


Tego się nie spodziewałam

Ostatnio prześladuje mnie jakiś demakijażowy pech. Na co się nie zdecyduję okazuje się nie najlepszym dla mnie wyborem. Nic mnie w związku z tym tak nie ucieszyło jak paczka od Orientany, którą pokazałam Wam już na instagramie. Może ona zakończy moją złą passę w tym temacie? Wracając jednak do moich rozterek - nie tak dawno temu pokazałam Wam swoje zakupy. Między różnego rodzaju produktami, które zresztą na razie świetnie się spisują, schował się żurawinowy płyn micelarny od Go Cranberry. Nie myślałam, że mogę go tak nie polubić...


Przedsmak tego co mnie czeka?

Dzisiejszą recenzją pewnie Was trochę zaskoczę, w końcu od jakiegoś czasu ciągle powtarzałam, że zamiast peelingów szczotkuję ciało. Jednak czasami przy wygładzaniu brakuje mi zapachu, a powtarzałam Wam nie raz, że otaczania się zapachami jest dla mnie ważne. Odpowiednia mieszanka dodaje mi energii, a że ostatnimi czasy trochę mi jej brakuje - wszystkie chwyty dozwolone! Stąd pomysł na umilenie sobie dodatkowo kąpieli pysznie pachnącym peelingiem. No i jeszcze ta nazwa - sycylijska pomarańcza - i jestem kupiona.


Saszetkowo: ekspresowa regeneracja

To był na prawdę pechowy tydzień i cieszę się, że jest już prawie za nami... Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. Samochód się zepsuł, nie wiadomo o co chodzi, jestem zmęczona bo przez to mam problemy z dojazdem do pracy. Myślałam, że sobota będzie inna, a tymczasem przysporzyła tylko bólu głowy i pojawiło się mnóstwo wątpliwości. Przyznaję - jestem po prostu zmęczona, ale ciągle wierzę, że los się trochę odwróci i znów będzie słonecznie i będę miała powody do uśmiechu. 

W ostatnim czasie wyznaczyłam sobie akcję - regenerację dla włosów. Chcę by były piękne na lato i ślub. Jednak nie udało mi się jak na razie zrobić nic by włosy wyrównać i usunąć rozdwojone końcówki... Chyba muszę wziąć się za siebie wreszcie i realizować plany, które przez sobą postawiłam. Oby się udało, Wasze kciuki na pewno nie zaszkodzą ;)


To teraz trochę o Herbfarmacy

Chciałam dzisiaj opowiedzieć Wam o czymś innym, a właściwie od paru dni męczę się z blogerem... Jednak napisanie nowego postu, w którym nie mam już wgranych zdjęć graniczy z cudem. Mam nadzieję jednak, że dzisiejszy temat również Was zaciekawi. Markę Herbfarmacy poznałam dzięki Anuli (no bo jakżeby inaczej ;)) i od razu zyskała moją sympatię. Ich produkty są drogie, ale rezultaty przy ich używaniu widać prawię od razu. Firma ma fajne podejście do kupujących - każdego produktu właściwie można dostać miniaturkę, a w sklepie Iwos.pl można kupić cały zestaw, który dzisiaj Wam pokażę. Zacznę jednak od przedstawienia samej marki.

Mocny zawodnik oczyszczający

Powoli się ogarniam z życiem ;) Na studiach jakoś to łatwiej szło... Okazało się, że ta moja kotka przybłęda, którą Wam pokazywałam na instagramie będzie mamą ;) A więc nici z planowanej sterylizacji i kociaków trzeba się spodziewać lada dzień. W każdym miesiącu staram się też wykreślić jakąś rzecz z listy 'do ślubu'. I jakoś czas ucieka... I ostatnio na prawdę nie miałam Wam o czym pisać, bo używałam albo sprawdzonych kosmetyków, o których już Wam mówiłam, albo zupełnych nowości, które wymagają głębszego poznania zanim sklecę o nich parę zdań. Poczyniłam jednak kolejne zakupy, a więc nowego materiału przybywa! ;)

Jednak nie o życiu miał być ten post, chociaż kto wie? Może i takie tu w końcu wpadną? Dziś chcę Wam opowiedzieć o mocno oczyszczającym szamponie Australian tea tree.

Saszetkowo - dziegciowe oczyszczanie

Od kiedy pamiętam przykładam bardzo dużą kwestię do oczyszczania twarzy. Nie zasnę bez zmycia makijażu, przynajmniej raz w tygodniu muszę nałożyć maseczkę na twarz, nie ma dla mnie idealniejszej pobudki niż poranne umycie twarzy i spryskanie jej tonikiem. Od kiedy poznałam glinki cały czas jakaś jest w moich zapasach. Mieszam je sama lub korzystam z gotowych. Wykorzystuje je zarówno do mycia jak i maseczkowania i nigdy się na nich nie zawiodłam. Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o kolejnej saszetce, która wylądowała w moich zbiorach za sprawą Milenki, mowa o dziegciowej oczyszczającej maseczce Babci Agaffi.  


Cytrynowo zadbane paznokcie

Myślałam, że ten post pojawi się już w czwartek, ale natrafiłam na komplikacje ;) No nic, mam nadzieję, że to opóźnienie nie sprawi, że nie będziecie chcieli poczytać o balsamie do skórek marki Fresh&Natural.


Balsam ten dostałam oczywiście od Anuli. Aż ciężko mi uwierzyć, że wcześniej nie znałam tej marki... Jestem całkowicie zakochana w ich orzechowym balsamie i gdy mi się już skończy (a będzie to niedługo) będę w rozpaczy! Bardzo polubiłam też ich olejek do ciała (który czeka w kolejce na zrecenzowanie) i dzisiejszy balsamik też jest bardzo dobrym produktem. Anulko, dziękuję za nawrócenie! ;)

Aktualizacja włosowa

Zdałam sobie sprawę, że ostatnią aktualizację włosową robiłam Wam parę miesięcy temu... Myślę, że pora to zmienić ;)


Włosy jak widać lubią się kręcić, a ja im w tym za bardzo nie przeszkadzam. Przydałoby się podciąć końcówki po zimie, widać rozdwojenia... I znów muszę rozejrzeć się za henną, chociaż muszę przyznać, że teraz bardziej ciągnie mnie do naturalnych farb. Macie jakieś doświadczenia z naturalną koloryzacją włosów?

Do twarzy mi z melisą?

Kosmetyki z Domu Cudownej Melisy mają w sobie coś magicznego (i to nie tylko przez tą słodką nazwę). Ciągnęło mnie do nich odkąd pierwszy raz ujrzałam je na blogu Anuli, długo jednak nie mogłam zrealizować swoich zamiarów. W końcu Anuś przysłała mi cały zestaw w prezencie, a ja prawie od razu (no zdjęcia przecież....) przystąpiłam do testów. O mydełkach, pomadce do ust i szamponie w kostce mogliście już przeczytać wcześniej. Pora więc przedstawić ostatni produkt z mojej gromadki - jest nim odżywczy krem do cery suchej.


Producent zapewnia:
Ekologiczny odżywczy krem do codziennego stosowania. Docenią go głównie osoby o suchej, szorstkiej skórze, odzyskując jej miękkość i delikatność.
Przygotowany z czystego hydrolatu z melisy wraz z olejkiem melisowym oraz z suszonych liści melisy i oliwy z oliwek. Zawiera naturalny emulgator z zarodków pszenicy.

Sądząc po opisie, produkt idealny dla mnie! A więc na prawdę chciałam jak najszybciej się do niego dorwać ;) W kartoniku ukrył się plastikowy słoiczek. Jest lekki a jednocześnie bardzo wytrzymały. Ma grube ścianki i ogólnie jest taki inny od znanych mi opakowań - tak inny, że musiałam Wam o tym wspomnieć ;) (na zdjęciach może nie być to tak widoczne...).


Słoiczek ten skrywa ciekawe, pachnące wnętrze! Pachnie oczywiście cudowną, orzeźwiającą, cytrynową meliską. Zapach nie jest zbyt intensywny, dzięki czemu nie męczy, nie pozostaje też długo na skórze.

Krem ma dość zbitą, bardzo kremową (tak wiem, powtarzam się), niby tłustą konsystencję. Skąd to niby? Otóż krem przy rozprowadzaniu nie sprawia wrażenia tłustego, wchłania się pięknie, praktycznie do matu, nie pozostawia żadnej warstwy. Jednak gdy użyjemy go w gorący dzień (a bardziej - będziemy w rozgrzanych pomieszczeniach) cera się delikatnie świeci i wtedy bez problemu określiłabym go jako krem tłusty. Ale tylko wtedy, w normalnych warunkach nie odnosi się takiego wrażenia.


Najważniejsze jest jednak jego działanie. Krem ładnie nawilża i odżywia cerę. Fajnie spisywał się w okolicach oczu - tutaj najbardziej widoczne było odżywienie. Skóra jest gładka i elastyczna a sam krem współpracuje z minerałami, dzięki czemu mogę malować się bez problemu. I takim działaniem cieszyłam się przez grudzień i większość stycznia. Potem przyszedł kryzys całej mojej skóry i mocno mnie wysuszyło - suche skórki wszędzie :/ Wtedy okazało się, że krem ten nie daje sobie rady z moją suchuteńką skórą. :( A tak go lubiłam...

Jeśli jednak Twoja skóra nie jest tak sucha jak moja - warto go spróbować. Choćby dla tej aksamitności i elastyczności jaką daje  - bo tego wrażenia już od jakiegoś czasu nie uświadczyłam.

Skład:

Krem mnie nie zapchał i zrobił mi nic złego. Nie poradził sobie jednak z kryzysem, a więc nie mogę na niego liczyć tak jakbym chciała...

Jeśli jesteście zainteresowani kosmetykami z melisy zajrzyjcie TUTAJ, z tego co się orientuję tylko tu można je dostać :) (gorąco polecam pomadkę do ust, mydełko to czysto melisowe i szampon!).

Alaffia tym razem w kostce

Wiem, że niektórych dziwi moja przedłużająca się nieobecność. No cóż - mnie samą to trochę dziwi. Ale w ubiegłym tygodniu w pracy było ciekawie, potem był weekend u Anuli :) a w poniedziałek wyrywałam ósemkę... I od poniedziałku chodzę spuchnięta i mocno obolała. I na prawdę ciężko się pisze na klawiaturze jedną ręką, podczas gdy druga zajęta jest ciągle podtrzymywaniem zimnych kompresów bo tylko one przynoszą jako taką ulgę. I jak już się żalę to powiem Wam, że mam serdecznie dość papek, chcę normalnego jedzenia! A dzisiaj tłusty czwartek i nie mogę liczyć na to że dam radę zjeść jakiegoś pączka. Ech, smutno mi przez to, więc dzisiaj recenzja zgodnie z moim nastrojem. Przedstawię Wam mydło w kostce marki Alaffia - miałam kiedyś mydło w płynie tej marki i bardzo lubiłam (klik). Kostka niestety nie dorównała swojemu poprzednikowi.


Mydełko zapakowane jest w papier, który co ciekawe zupełnie nie przepuszczał jego zapachu, musiałam go otworzyć by się przekonać co mnie czeka pod prysznicem ;) Sama nazwa ananaska na opakowaniu sprawiła, że moje myśli dryfowały w egzotyczne klimaty. I na sucho, faktycznie wyczuwałam tą słodką, orzeźwiającą nutę! Jakież było jednak moje zdziwienie gdy pod prysznicem czar zapachu prysł i kostka pachnie jak szare mydło... 


Na szczęście zapach to największa wada tej kostki. Reszta jest w porządku. Mydło ma ciekawą konsystencję - na sucho jest super gładkie i jakby pudrowe w dotyku. Na morko za to daje mnóstwo aksamitnej piany, która otula ciało. Dzięki niej czas spędzony pod prysznicem jest bardzo przyjemny. Dodatkowo kostka może zostać użyta do depilacji - daje idealny poślizg maszynce. 
Ciało jest dobrze oczyszczone, a zapach szarego mydła nie pozostaje na skórze (ufff). Mydło to nie wysusza też skóry. To przyjemna kostka.
Nadaje się też do mycia twarzy, ponieważ nie podrażnia oczu i nie ściąga nieprzyjemnie skóry. Za to radzi sobie z domywaniem makijażu.
 
Skład:

 Podsumowując - jestem zaskoczona zapachem, reszta jest w porządku. Szału nie ma, ale jest ok ;)

Mój ratownik

Moje dłonie ostatnimi czasy nie mają łatwego życia. W ciągu dnia wielokrotnie je moczę, mają cały czas kontakt z produktami do dezynfekcji, a w międzyczasie nie ma nawet możliwości użycia kremu. Nic więc dziwnego, że te wszystkie czynniki na moją suchą skórę działały destrukcyjnie. Nie wspominając już o niskich temperaturach, które zawsze miały na mnie zły wpływ. A więc od jakiegoś miesiąca pojawiał mi się regularnie problem suchych, pękających, piekących dłoni. Nic przyjemnego... Jakie więc było moje zaskoczenie, gdy pojedyncza aplikacja dzisiejszego bohatera posta sprawiła, że problem znikał, a następne odsuwały go na jeszcze dalsze tory. Żałuję, że nie mogę aplikować go częściej bo pewnie już dawno zapomniałabym o wszystkich nieprzyjemnościach... Ale do rzeczy - przedstawiam Wam krem do rąk marki Santaverde.


Krem o pojemności 50 ml znajduje się w tubce z odkręcanym korkiem - największa wada tego produktu! Jak ja nie lubię tego odkręcania - zakręcania.... Ech, ale da się przeżyć, zwłaszcza z takim działaniem. Kolejną wadą jaką wyszukałam jest zapach - dla mnie dość dziwny, ale nie nieprzyjemny. Trochę jakby apteczny, słodkawy, nie wiem do czego można by go porównać. W każdym razie u mnie przez ten zapach zamiast 5+ jest tylko 5. Bo wiecie - działanie to on ma po prostu rewelacyjne!


Już na wstępie opisałam Wam jakie on potrafi robić cuda. Regeneruje, nawilża, chroni, szybko się wchłania (po posmarowaniu dłoni od razu mogę pisać na klawiaturze komputera), nie pozostawia tłustej warstwy, nie klei się, dłonie dzięki niemu są aksamitne. Dba też świetnie o skórki wokół paznokci nawilżając je i zapobiegając ich odstawaniu. Krem ten radzi sobie nawet ze skrajnymi postaciami jak moje. I w tym wszystkim najlepsze jest to, że działa ekspresowo. Jest niczym kompres ratunek w kryzysowych sytuacjach. 

Mimo małej pojemności (która jest plusem bo mogę mieć go zawsze przy sobie) ma całkiem niezłą wydajność. Używam codziennie odkąd do mnie przybył (czyli ponad miesiąc) i jakoś nie za bardzo zauważyłam by coś ubyło. A to wszystko dzięki temu, że wystarcza trochę większa kropla (mniej niż na zdjęciu poniżej).


Skład: Aloe Barbadensis Leaf Juice*, Alcohol*, Cetearyl Glucoside, Cetearyl Alcohol, Prunus Amygdalus Dulcis Oil*, Butyrospermum Parkii Butter*, Glycerin, Cocos Nucifera Oil*, Betaine, Theobroma Cacao Seed Butter*, Xanthan Gum, Hippophaea Rhamnoides Fruit Extract*, Cistus Incanus Flower/ Leaf/ Stem Extract*, Sodium Cetearyl Sulfate, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, P-Anisic Acid, Ascorbyl Palmitate, Levulinic Acid, Sodium Levulinate, Silver Sulfate, Sodium Hydroxide, Lavandula Angustifolia Oil, Parfum**, Limonene, Linalool, Citronellol, Geraniol, Citral, Benzyl Benzoate.

Cena niestety zaczyna się od 50 zł.

Miałyście do czynienia z kosmetykami Santaverde?

Aż chce się go zabrać do łóżka!

Są zabiegi w pielęgnacji ciała, które uwielbiam i nie potrafiłabym z nich zrezygnować... Należy do nich balsamowanie. Wiem, że jestem z tym raczej wyjątkiem i większość osób raczej się do tego zmusza. Ale dla mnie namaszczanie się cudownie pachnącymi produktami, które odżywiają i nawilżają moją skórę to po prostu bajka! Uwielbiam wmasowywać w swoje ciało wszelkiego rodzaju balsamy, masła, olejki. A niektóre z nich sprawiają, że nie mogę się doczekać kolejnego razu... Takim produktem jest dzisiejszy regenerujący balsam orzechowy od Fresh&Natural.


W tym niepozornym słoiczku skrywa się bajkowe wnętrze! Gdy odkręcimy pokrywkę i uporamy się już z folią zabezpieczającą (jak widać na zdjęciach ja miałam z tym problem...) czeka nas niespodziewany widok. Balsam przypomina wnętrze czekolady Aero. Jest taki napompowany :) Używanie go to ciekawe odczucia - jest lekki i jednocześnie treściwy. Rozsmarowuje się go lekko po ciele a on wnika ekspresowo w skórę. Nie pozostawia po sobie tłustej warstwy, za to dogłębne nawilżenie, morze miękkości i niesamowitą gładkość! Mój W. gdy po raz pierwszy posmarowałam się tym balsamem był mocno zdziwiony gdy głaskał mnie po nodze (Jakaś ty gładka! Co zrobiłaś?). A musicie wiedzieć, że regularnie szczotkuję ciało, używam peelingów i nie spodziewałam się, że moja skóra może być jeszcze bardziej gładka!


Jednak nie tylko bajeczne odżywienie skóry sprawia, że balsam ten ciągle przewija się w moich myślach. Jego niesamowity zapach sprawia, że mam ochotę ciągle go czuć na sobie (niestety wsmarowany w ciało zanika po ok godzinie :(...). Orzechowy, smakowity, otulający, nie za słodki, ma w sobie coś co sprawia, że nie da się nim znudzić. W domu używam tego balsamu tez jako kremu do rąk by móc częściej czuć ten zapach. Po prostu niesamowity i uzależniający.


Do tego wszystkiego prosty, naturalny skład i mamy produkt idealny do ciała. Jestem nim oczarowana i po ciężkim dniu jak wracam z pracy myślę o tym by wreszcie nasmarować się nim, wbić w pidżamkę i hop do łóżka. Jestem w nim zakochana, stąd ten walentynkowy wpis ;)
Już dawno nie trafiłam na balsam do ciała który by mnie tak oczarował.

Wady? Cena u producenta wynosi za 250 ml (ale są i 500 ml i to te radzę Wam kupować, bo 250 to stanowczo za mało na takie cudo!) 49,90. Jednak na doz.pl możecie go dostać już za 37,49 :)


Miałyście kiedyś produkt do ciała, który tak Was zauroczył?

Woda różana od Make Me Bio

Wszystkie wiemy jak ważne jest tonizowanie skóry. Nie zawsze jednak pilnowałam tego jak należy - potrafiłam zapomnieć o toniku, lub świadomie pomijałam go w pielęgnacji. To wszystko działo się jeszcze za czasów przed przejściem na naturalną stronę mocy ;). Teraz nie zaniedbuję tego etapu i moja skóra jest mi za to wdzięczna - w końcu wszystko co robię razem sprawia, że mogę się cieszyć czystą i zadbaną cerą. 
Moim ostatnim ulubieńcem był tonik od Iva Natura, o którym mogłyście przeczytać TU. W jego składzie również widnieje woda różana, a więc z jeszcze większą ciekawością podchodziłam do czystej wersji bez żadnych dodatków. Kosmetyk ten otrzymałam od mojej Anuli - ona uwielbia tą wodę i możecie przeczytać o niej na jej blogu o TU. Czy podzieliłam jej uczucia w stosunku do tego produktu? O tym możecie się przekonać już dziś! ;)


Zacznę od paru słów od producenta:
Woda różana to idealne rozwiązanie wielu problemów kosmetycznych. W starożytności dodawano kilka jej kropel do kąpieli, aby pieściła ciało i zmysły. Doskonale zastąpi tonik, dając ukojenie suchej i zmęczonej skórze.

Hydrolat z róży damasceńskiej – działa tonizująco i odżywczo. Regeneruje zmęczoną i dojrzałą cerę, przywracając jej naturalny blask. Głęboko oczyszcza, zmniejszając zmiany trądzikowe, a także rozjaśnia cerę. Uelastycznia naskórek, widocznie wygładza, a także doskonale nawilża. Po naniesieniu na włosy, sprawia że stają się one bardziej elastyczne, zregenerowane i odżywione. Działa kojąco na zmysły, dzięki pięknemu, utrzymującemu się przez długi czas, różanemu zapachowi. Może być także nakładany na włosy, dzięki czemu będą one sprężyste, pełne blasku i miękkie w dotyku.
Przeznaczona dla: Wszystkie rodzaje skóry
Efekty: Skóra odżywiona, wygładzona i oczyszczona.

Sposób użycia: Po umyciu twarzy, skórę zwilżyć hydrolatem. Stosować rano i wieczorem lub częściej w zależności od potrzeb. Wygodny atomizer pozwala na równomierne nałożenie produktu.

Skład: Rosa Damascena (Róża Damasceńska) Water
 

Zacznę może od tego co mi się pierwsze nasunęło przy kontakcie z tym produktem po tym jak wcześniej używałam toniku od Iva Natura. Otóż spryskiwacz daje tutaj dużo mocniejszy strumień, nie jest to przyjemna mgiełka, dlatego nie stosuję hydrolatu bezpośrednio na twarz tylko psiukam na wacik. A to niestety przekłada się na wydajność, która po prostu jest gorsza. I to by było na tyle jeśli chodzi o porównania ;)

Teraz kwestia zapachu - nie każdy przepada za zapachem róży. Ja też nie jestem wielką fanką, ale nie drażni mnie - perfum bym takich nie chciała, ale w kosmetykach jest ok. Zapach tej wody jest jednak inny - oczywiście nadal różany, ale kwaskowaty, doprawiony delikatną ostrością. Ciekawa sprawa - osobom, które nie przepadają za klasyczną różą radzę spróbować - tutaj mamy coś innego :)


A teraz rzecz najważniejsza - działanie. Po użyciu tej wody zdarza mi się zapomnieć o kremie jeśli od razu go nie nałożę... A wszystko przez nawilżenie jakie daje! Skóra jest oczyszczona, delikatnie napięta (napięcie z gatunku tych przyjemnych - uczucie jędrności i dobrego nawilżenia skóry). Po dłuższym używaniu mam wrażenie, ze cera jest bardziej promienna i taka wypoczęta - a przy moim obecnym trybie życia to duży plus! Uwielbiam stosować ją z rana, a zresztą co ja gadam - uwielbiam ją stosować o każdej porze dnia. To produkt godny polecenia - więc polecam!

Dr Organic - odżywka z olejem arganowym

Przyznaję się, ostatnimi czasy słaba ze mnie włosomaniaczka. Nadal olejuje, jednak wcierek moja skóra głowy nie widziała od wieków, a na stanie jak mam jedną odżywkę to już jest dobrze... Ostatnimi czasy służyła mi wiernie odżywka marki dr.organic, którą dostałam od Anulki. Przyznaję, że podchodziłam do niej bardzo ostrożnie - głównie przez olej arganowy, z którym moje włosy mają mieszane relacje... Co z tego wynikło? Zapraszam do czytania dalej :)


Odżywka znajduje się w plastikowej butelce o pojemności 265 ml z porządnego plastiku (a polska naklejka jest z tych niezniszczalnych), który nie jest za twardy, dzięki czemu łatwiej ją wydobyć. Poza tym produkt nie zalega na ściankach, tylko elegancko spływa. Ułatwia to idealna konsystencja - nie jest za rzadka (nie przecieka przez palce, nie ucieka) i nie jest za gęsta (łatwo się ją rozprowadza i łatwo spłukuje). 

Ciekawy też jest zapach - dość wyrazisty, męski ze świeżymi nutami (jakby mięty). Prawdopodobnie na dłuższą metę by mi przeszkadzał, jednak nie pozostaje na włosach.


Odżywka mimo niepozornej konsystencji śmiało mogłaby robić za maskę - należy do tych kosmetyków ciężkiego kalibru. Nałożona zbyt blisko skóry głowy zapewni fenomenalny przychlap. Za to rozprowadzona na długości potrafi zdziałać cuda. Kwestia tego jak bardzo nasze włosy lubią argan. Moje niezbyt, a mimo wszystko odżywka spisuje się bardzo dobrze - włosy są miękkie, błyszczące, łatwo je rozczesać. Za to na włosach mojej mamy - WOW. Mama ma sztywne, siwe włosy - gdy użyje tej odzywki bardzo zyskują na miękkości i blasku. Wyglądają jakby wyszła od fryzjera po mocno odżywczym zabiegu regeneracyjnym. Stają się takie sprężyste jak w reklamach. Jestem pod wrażeniem i żałuję, że u mnie nie uzyskałam takiego efektu...


Skład:
Aloe barbadensis leaf juice, Aqua, Cetearyl alcohol, Olea europaea (Olive) oil, Glycerin, Brassicamidopropyl dimethylamine, Aspartic acid, Argania spinosa (Argan) oil, Argania spinosa (Argan) extract, Citrus aurantium dulcis, Eugenia caryophyllus (Clove) leaf oil, Pelargonium graveolens (Geranium) oil, Citrus limon peel oil, Pogostemon cablin (Patchouli) oil, Cinnamomum zeylanicum (Cinnamon) leaf oil, Aniba rosaeodora (Rosewood) oil, Mentha arvensis herb oil, Citrus nobilis (Mandarin) peel oil, Vanilla planifolia (Vanilla) fruit extract, Mentha spicata herb oil, Kigelia Africana fruit extract, Hibiscus sabdariffa flower extract, Adansonia digitata fruit extract, Tocopheryl acetate, Distearoylethyl hydroxyethylmonium methosulfate, Hydroxypropyl guar hydroxypropyltrimonium chloride, Phenoxyethanol, Sodium phytate, Benzyl alcohol, Dehydroacetic acid, Citric acid, Glycerin, Sodium benzoate, Potassium sorbate, Limonene, Eugenol, Linalool.

To jest prawdziwe bogactwo!
 

Efekt jaki uzyskała moja mama dzięki tej odżywce sprawia, że mam ochotę na dalsze eksperymenty z tą marką. Może inna wersja da moim włosom takie wow?

Znacie odżywki tej marki? Ja czytałam o nich zawsze bardzo wiele dobrego.