Tonizowanie i odświeżanie

Jakiś czas temu w nowościach pokazywałam Wam nowe mydełka od Sylveco. Dzisiejsi bohaterowie są już zużyci, więc mam o nich parę słów do powiedzenia. Muszę o nich coś napisać bo zdarzyłam zakupić i zacząć używać już następne dwie kostki ;) Ostatnimi czasy bardzo wolno piszę, mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Ale wiecie - ślub na głowie ;)


Biolavenowo w dalszym ciągu!

Myślę, że Sylveco powinno przystopować z nowościami bo nie nadążam z testami! Seria Biolaven szczególnie skradła moje serducho i z radością obwieszczam, że posiadam już odżywkę do włosów. Serum czeka na swoją recenzję, kremiki opisywałam, tak samo micel i szampon i krem do rąk. Żel do twarzy również mi się spodobał, balsam był przyjemniaczkiem, mydełko okazało się cudeńkiem a dzisiejszy bohater również przypadł mi do gustu. Jeśli nic nie wyjdzie nowego przez jakiś czas może w końcu uda mi się kupić żel pod prysznic i w ten sposób przetestować całą serię :)


Rapan dla piękna

Jakiś czas temu przedstawiałam Wam swoje pierwsze wrażenia odnośnie glinek marki Rapan Beauty (klik). Myślę, że najwyższa pora rozwinąć temat, zwłaszcza, że po maskę tą sięgam często i chętnie, a moja twarz promienieje. Zaciekawieni?


Tonik od Santaverde

Witam się po przerwie! Tym razem nie moje zabieganie jednaj jest winne, a fakt, że za każdym razem gdy siadałam do bloga to mi nie działał. Disqus też mi się nie ładował, nie mogłam nawet odpowiedzieć na komentarze. Jakiś pechowy okres... Czy tylko ja tak miałam? Gdy chciałam stworzyć nowy post to ładował się, ładował, ładował, po 15 minutach dawałam sobie spokój.... Niemożliwością było też dodanie zdjęć, na szczęście wszystko minęło. Oby się nie powtórzyło!
No! Jak już Wam się wyżaliłam, to pora na konkrety!


Ulga dla stóp

Wiem, znikam teraz na długo, ale kto śledzi mnie na instagramie mógł już zauważyć, że zwiedzam Polskę z zaproszeniami na ślub ;) W związku z tym w ostatnim czasie w domu bywałam gościem, a co za tym idzie nie miałam dostępu do komputera. I tak mi ten czas uciekł przez palce. Fala upałów też zrobiła swoje, po całym dniu w pracy kleiłam się i jedyne o czym myślałam to prysznic i sen - za gorąco stanowczo! Zwłaszcza jak się pracuje w ciągłym ruchu i bez klimy... Ratowałam chociaż swoje nogi, które zaczęły puchnąć przez to wszystko. Pomagała mi w tym sól, którą Wam dzisiaj chcę pokazać.


Naturalnie peelingujące

Przyznaję, Orientanowo się zrobiło, ale tak się złożyło, że ostatnimi czasy często kupowałam ich produkty. Mydełka kusiły mnie bardzo długo, jednak co trochę do koszyka wskakiwała jakaś nowa marka (o takich łatwo zapomnieć i są trudniej dostępne). W końcu jednak upolowałam naturalnie peelingującą kostkę :)


Nowości i pierwsze wrażenia

Są chwile, że po prostu chcę Wam zwrócić uwagę na pewne produkty już po pierwszym zastosowaniu. Do tej pory z tym walczyłam i wszystko miałyście w głównej recenzji. Dziś jednak stwierdziłam, że nie ma co tłumić emocji, na dalsze efekty też przyjdzie pora ;) A więc przychodzę do Was z pokazaniem ciekawostek!


Azjatycki rytuał po polsku

Są kosmetyki, do których recenzji ciężko mi się zabrać, mimo że ich używanie jest przyjemnością. Azjatycki duet od Orientany mam w posiadaniu od dawna, jednak do tej pory nie doczekał się choćby pary słów na swój temat. To skandal ;) Dziś postanowiłam to zmienić!


Jestem na TAK!

Są produkty, które na prawdę potrafią zaskoczyć. Rozpoczynając tą saszetkę, nie spodziewałam się, że tak polubię ten produkt. Ba! Ja myślałam nawet, że nic z tego nie będzie, byłam pełna wątpliwości. A tymczasem mam ochotę zrobić porządny zapas tego mydła, a najlepiej jakby było dostępne takie duuże opakowanie!


Odżywione dłonie z Biolaven

Lato to ciężki czas dla moich dłoni. Czas po pracy poświęcam pracy przy domu. To jest też powód, przez który rzadko pojawiam się na blogu. Sobotę całą spędziłam na słońcu pomagając przy układaniu kostki i robiąc porządki w kojcu Azulki. Rąk nie czuję, a raczej czuję je dość boleśnie. Mimo prac w rękawiczkach dłonie były wysuszone i podrapane... Na ratunek w tej jak i wielu innych sytuacjach przybył krem do rąk od Biolaven, który kupiłam już jakiś czas temu :)


Cytrynowe oczyszczanie

Ojej... To mnie życie wciągnęło ;) A najgorsze w tym wszystkim jest to, że jak już mam o czym Wam opowiadać to dzieje się tyle, że nie mam kiedy! Aby patrzeć jak kosmetyki, których recenzje mam już w głowie się pokończą i już nie będę pewna, czy wszystko dobrze pamiętam... Ale wiecie jak to jest, czas pędzie nieubłaganie, sezon komunijny się zaczął, jeździmy z zaproszeniami, praca, planowanie i wyszukiwanie informacji, mam zaczęte obecnie trzy bardzo ciekawe książki... Nie lubię narzekać, ale na prawdę nie wiem kiedy zleciał mi maj i źle mi z tym. Ale już dajmy moim rozważaniom spokój, pora na recenzję!


Serwatką po głowie

Dziś miał się pojawić zupełnie inny post, ale jak zobaczyłam tamte zdjęcia to powiedziałam NIE. Musze je jakoś naprawić, albo pojawią się niedługo takie, w którym prawie już nie ma kosmetyku. No nic, jakoś to będzie! W związku jednak z powyższym dziś pojawia się post, który w sumie nie byłam pewna czy sie pojawi. Bo wiecie, ja nie lubię pisać za bardzo o kosmetykach nijakich, a szampon w saszetce, który tu widzicie właśnie taki jest.


Przygód z marką Biolaven ciąg dalszy - balsam do ciała

Zacznę od tego, że na prawdę lubię serię Biolaven. Pasuje mi ona prawie w całości (prawie, bo nie testowałam jeszcze żelu pod prysznic i do higieny intymnej i nowości w formie odżywki). Bardzo lubię zapach tych kosmetyków, chociaż osobiście wolałabym, żeby lawenda grała częściej pierwsze skrzypce. Co ciekawe jeśli chodzi o niektóre kosmetyki - chociażby micel, którego miałam parę opakowań - zapach serii delikatnie się różni. Jedna partia była bardziej winogronowa, jedna lawendowa. Stąd też mogą wynikać różnice w zdaniach co do zapachu. Jednak tak czy siak, uważam całokształt za bardzo udany!

5 zapachów od Pony

Hej, hej, hej!
Wreszcie mój zmysł powonienia powrócił, a ja mogę dokończyć wpis, który obiecałam Wam już dawno temu! Uff... Przyznaję się, że trochę ciążyła mi ta obietnica, a bardziej fakt, że nie mogę się z niej szybko wywiązać. Na szczęście pasmo nieszczęść mam już za sobą (a przynajmniej mam taką nadzieję) i wracam do życia!


To moze pokażę Wam swoje nowości?

Dziś miał się pojawić całkiem inny post, ale wiecie jak to czasem bywa... Wysterylizowałam kotkę i oddałam jej dzieci w dobre ręce. Było przez to sporo smutku, do tego 'pijana' kotka, która tylko gdy była na moich kolanach spała i się uspokajała. Same rozumiecie, że wszytko to razem sprawiło, że nie mogłam dopracować recenzji, którą miałam zamieścić. Jednak co się odwlecze to nie uciecze! ;) Zakupy w sumie też Wam chciałam pokazać, więc dobrze wyszło!


Najpierw te przymusowe - czyli Żaneta zdała sobie sprawę, że kremu do twarzy to jej zostało na 3 dni i jeden dzień dodatkowo na próbkach ;) Nie było wyjścia, poczyniłam zamówienie na ekobieca.pl wykorzystując możliwość odbioru w Lublinie (blisko mojej pracy, więc super). Oprócz kremu wpadło mydełko od Orientany (markę bardzo lubię, mydełka też, więc wypadało to jakoś połączyć) i pasty borówkowe do zębów dla mojego W. (jego ulubiona, więc od razu dwa opakowania, brakuje ich jednak na fotkach).


Drugie zamówienie to był spontan, do którego natchnęła mnie Anula - a jakże by inaczej! Otóż powiadomiła mnie, że firma fresh&natural ma promocję na wszystkie swoje produkty... Takiej okazji nie mogłam przepuścić! Na wszystko co widzicie wydałam 107,06 zł. Takie szaleństwo! Teraz znów mogę się cieszyć niesamowitym orzechowym balsamem (tutaj macie moją recenzję) i wieloma innymi ich cudami! Sól do stóp jest po prostu niezastąpiona po całym dniu na nogach, dodatkowo świetnie nadaje się do inhalacji (a wiecie o moich problemach z zatokami). Bardzo polubiłam tą markę!

A co wpadło w Wasze łapki ostatnio?

Nowość od Biolaven - mydło naturalne

Nie wiem czy wpadło Wam w oko, że Biolaven rozszerzył ostatnimi czasy ofertę swoich produktów. Do tej zacnej grupy dołączył krem do rąk, odzywka do włosów i mydełko, o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć!

Takie rozwiązania to mi się podobają!

Uwielbiam maj, ale ten zapowiada się niezwykle pracowicie! I niestety zimno, chociaż mam gorącą nadzieję, że prognozy długoterminowe za nic się nie sprawdzą ;) Jednak tydzień po tygodniu mam do odhaczenia masę spraw, mam więc nadzieję, że w końcu moje zatoki odpuszczą i nie będę zmuszona do prowadzenia dalej tej nierównej walki. Trzymajcie za to kciuki, bo dopóki nie będę miała z nimi spokoju, dopóty mój zmysł powonienia nie wróci do siebie, a więc termin postu o zapachach Pony niebezpiecznie się oddala... Jednak bądźmy pozytywnie nastawieni, będzie dobrze!

Ostatnimi czasy mam usilną ochotę by zadbać o siebie bardziej profesjonalnie. Chodzi mi po głowie fryzjer i jakiś profesjonalny zabieg regenerujący włosy. Nie to że są jakieś zniszczone, jednak mam ochotę przekonać się na własnej skórze jak to jest. No i na prawdę mam ochotę się oddać w czyjeś ręce, bo chwilowo samej mi się o siebie dbać nie chce xD Chociaż nie powiem, nadal olejuje, maseczkuje, odżywkuję i robię cuda z włosami. I właśnie o jednej z tych czynności chcę Wam dzisiaj poopowiadać. Dzisiejszym bohaterem postu jest wzmacniający olej do włosów od Bani Agaffi.


Filmowy wieczór z Żan

Ojej, ojej! Ostatni post tego typu był przed świętami! Tyle, że Bożego Narodzenia... Czyżbym przez ten czas nie obejrzała żadnego filmu? Otóż nie. Z jakiegoś powodu jednak nie opisałam Wam tych fantastycznych i mniej fantastycznych filmów. Zupełnie ta seria wypadła mi z głowy, czyżby przyszłą pora na lecytynkę? :))

Oj dobra, już Was nie męczę, tylko pokazuję co obejrzałam, dlaczego i jak oceniam daną twórczość ;)

1. Współlokatorka

http://www.filmweb.pl/film/Wsp%C3%B3%C5%82lokatorka-2011-508038

Avocado z miodkiem - kto by się nie skusił?

Dzisiejszym bohaterem postu jest jest maska do włosów z avocado i miodem od Organic Shop. Swego czasu była ona mocno chwalona i wysławiana pod niebiosa za swoje działanie. Potem jednak nastała zmiana składów i wiele jej zwolenniczek dało sobie z nią spokój. Ja niestety nie mam porównania i mogę przedstawić tylko to co myślę o obecnej wersji.


Łagodny żel do higieny intymnej

Od tygodnia jak nie dłużej zbieram się za napisanie postu o zapachach dezodorantów od Pony i mam jakiegoś pecha ;) Jak nie zostawię ich u narzeczonego, tak, że nie mogę opisać dokładnie zapachu, to się teraz rozchorowałam i nie czuję nic :)) Także ten temat musi poczekać, a Was zapraszam na recenzję żelu do higieny intymnej znanej wszystkim marki Sylveco.


Niezły balans!

Jestem niepoprawna jeśli chodzi o produkty do włosów. Ciągle mam ochotę na coś nowego, mimo że, mam swoich niekwestionowanych ulubieńców, które po prostu za każdym razem robiły mi WOW na głowie ;) Dzisiejszy produkt też mógłby dołączyć do tego grona, chociaż nie jest ideałem. Seria White Agafia jest certfikowana, co jest nowością przy kosmetykach rosyjskich. Na dodatek mimo certyfikatu nadal jest bardzo tanio. No żal nie spróbować!


Saharacactus prezentuje: mydło z maceratu kwiatu opuncji figowej

Ojej, ale się rozleniwiłam blogowo! Aż mi wstyd, że tak znikam, że zatraciłam swoją regularność w pisaniu. Ale wiecie... im dłuższa przerwa tym trudniej jest do tego wrócić. A ja się ostatnio jakoś tak pogubiłam, w blogosferze czułam się bardziej nieswojo. Jednak lubię ten mój uśmiechnięty kącik i mimo wielu myśli o porzuceniu bloga stwierdziłam, że tego nie chcę. Że nadal będę robić to co mi się podoba i jak mi się podoba. I mam nadzieję, że Wy nadal będziecie chcieli tu zaglądać. 
A teraz chwila wyjaśnienia dlaczego nie mam czasu dla tego miejsca - ciężko okres w pracy to po pierwsze, a po drugie, to przygotowania do ślubu. Chcę by wszystko było pięknie i tak jak sobie wymarzyłam, ale to wymaga więcej mojej pracy, zwłaszcza jak się nie chce przekroczyć budżetu ;)

Wracam jednak do Saharacactusa i jego wytworu, w końcu to o nim chcę Wam dzisiaj poopowiadać!
Przedstawiam mydło z maceratu z opuncji figowej!


Zające przybyły, czyli nowości

Ten miesiąc, mimo że to tak właściwie dopiero jego początek obfitował w nowości. Mniej i bardziej zamierzone ;) Zającowe stwierdzenie zapoczątkowała Anulka, która przysłała mi cudną, lawendową paczuszkę w ramach niby zającowych znajomości. Podobno spotkała takiego jednego po drodze i wzięła przesyłkę dla mnie :p Anulko Kochana, dziękuję Ci z całego serca za tak niesamowitą niespodziankę :*


Olejek do ciała z algami i arniką

Czy u Was też trwa przedświąteczne szaleństwo? W domu mam wszystko pod kontrolą, ale pacjenci w pracy przechodzą sami siebie ;) Przychodzą nie na swoje godziny bo "wie Pani, święta, okna trzeba umyć, porządki, ładna pogoda to trzeba na działeczkę pojechać" ;) I tak w kółko, przez co pierwsza zmiana to istna masakra, tłum ludzi i wszyscy mają pretensje, że muszą czekać, a przecież im się śpieszy! 

W takich chwilach doceniam to, że pachnę lawendą i ten zapach mnie uspokaja i odpręża. Zwłaszcza, jak jest to ten prawdziwy, niepowtarzalny aromat a nie jakaś sztuczna imitacja. Zdradzę Wam sekret - moje wesele będzie lawendowe ;)


Pielęgnacja twarzy na bogato

Przykładam bardzo dużą wagę do pielęgnacji mojej twarzy Sięgam po produkty o świetnych składach, które mają szanse zdziałać coś z moją nadmierną suchością. Gdy otrzymałam wygraną Anulki, czyli produkty Santaverde byłam w siódmym niebie. Te składy są niesamowite, tak samo zresztą jak ceny, to górna półka jeśli chodzi o kosmetyki naturalne. Wyższa klasa, a więc mam nadzieję, że rozumiecie moją ekscytację. Po produkty, które Wam dzisiaj przedstawię sięgnęłam w najgorszym okresie dla mojej cery - ciągła suchość, ostające skórki, do tego pojawiły się wągry na nosie (a już dawno nie miałam z nimi problemu...). Jak się sprawdziło serum i krem w tak ekstremalnych warunkach? Same się przekonajcie!


A to było tak...

Jeeej, pomarudzę Wam i wcisnę stare, dobre "jak ten czas szybko leci" ;)
Miesiąc temu świętowałam Dzień Kobiet w wyjątkowym, blogerskim gronie i do tej pory Wam o tym nie wspomniałam! Na prawdę nie wiem jak do tego doszło. Pędzę więc dziś i nadrabiam zaległości w tym temacie.


Owocowa eksplozja?

Co za piękna pogoda za oknem! Wykorzystuję ją jak mogę, dlatego nie ma mnie w wirtualnym świecie ;) Okna pomyte, kwiatki posadzone, dywany wytrzepane, niepotrzebne rzeczy wyrzucone. Zaszalałam i od razu mi lepiej, jakoś lżej. Dzisiejszy dzień będzie pełen relaksu, zaczął się pysznym śniadaniem i dużą dawką rozrywki - był serial, książka, ładne ciuchy, no i teraz blog! Dzisiaj mam czas na wszystko.


Peeling enzymatyczny od Sylveco

Wiem, że dzisiejszymi zdjęciami zupełnie nie wpisuję się w obecną pogodę... Jak nigdy zachciało mi się zdjęć na śniegu, a testy potrwały na tyle długo, że zimowa aura zdążyła się skończyć ;)
Mam tylko nadzieję, że tymi fotkami nie przywołam zimna z powrotem ;)


Tego się nie spodziewałam

Ostatnio prześladuje mnie jakiś demakijażowy pech. Na co się nie zdecyduję okazuje się nie najlepszym dla mnie wyborem. Nic mnie w związku z tym tak nie ucieszyło jak paczka od Orientany, którą pokazałam Wam już na instagramie. Może ona zakończy moją złą passę w tym temacie? Wracając jednak do moich rozterek - nie tak dawno temu pokazałam Wam swoje zakupy. Między różnego rodzaju produktami, które zresztą na razie świetnie się spisują, schował się żurawinowy płyn micelarny od Go Cranberry. Nie myślałam, że mogę go tak nie polubić...


Przedsmak tego co mnie czeka?

Dzisiejszą recenzją pewnie Was trochę zaskoczę, w końcu od jakiegoś czasu ciągle powtarzałam, że zamiast peelingów szczotkuję ciało. Jednak czasami przy wygładzaniu brakuje mi zapachu, a powtarzałam Wam nie raz, że otaczania się zapachami jest dla mnie ważne. Odpowiednia mieszanka dodaje mi energii, a że ostatnimi czasy trochę mi jej brakuje - wszystkie chwyty dozwolone! Stąd pomysł na umilenie sobie dodatkowo kąpieli pysznie pachnącym peelingiem. No i jeszcze ta nazwa - sycylijska pomarańcza - i jestem kupiona.


Saszetkowo: ekspresowa regeneracja

To był na prawdę pechowy tydzień i cieszę się, że jest już prawie za nami... Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. Samochód się zepsuł, nie wiadomo o co chodzi, jestem zmęczona bo przez to mam problemy z dojazdem do pracy. Myślałam, że sobota będzie inna, a tymczasem przysporzyła tylko bólu głowy i pojawiło się mnóstwo wątpliwości. Przyznaję - jestem po prostu zmęczona, ale ciągle wierzę, że los się trochę odwróci i znów będzie słonecznie i będę miała powody do uśmiechu. 

W ostatnim czasie wyznaczyłam sobie akcję - regenerację dla włosów. Chcę by były piękne na lato i ślub. Jednak nie udało mi się jak na razie zrobić nic by włosy wyrównać i usunąć rozdwojone końcówki... Chyba muszę wziąć się za siebie wreszcie i realizować plany, które przez sobą postawiłam. Oby się udało, Wasze kciuki na pewno nie zaszkodzą ;)


To teraz trochę o Herbfarmacy

Chciałam dzisiaj opowiedzieć Wam o czymś innym, a właściwie od paru dni męczę się z blogerem... Jednak napisanie nowego postu, w którym nie mam już wgranych zdjęć graniczy z cudem. Mam nadzieję jednak, że dzisiejszy temat również Was zaciekawi. Markę Herbfarmacy poznałam dzięki Anuli (no bo jakżeby inaczej ;)) i od razu zyskała moją sympatię. Ich produkty są drogie, ale rezultaty przy ich używaniu widać prawię od razu. Firma ma fajne podejście do kupujących - każdego produktu właściwie można dostać miniaturkę, a w sklepie Iwos.pl można kupić cały zestaw, który dzisiaj Wam pokażę. Zacznę jednak od przedstawienia samej marki.

Mocny zawodnik oczyszczający

Powoli się ogarniam z życiem ;) Na studiach jakoś to łatwiej szło... Okazało się, że ta moja kotka przybłęda, którą Wam pokazywałam na instagramie będzie mamą ;) A więc nici z planowanej sterylizacji i kociaków trzeba się spodziewać lada dzień. W każdym miesiącu staram się też wykreślić jakąś rzecz z listy 'do ślubu'. I jakoś czas ucieka... I ostatnio na prawdę nie miałam Wam o czym pisać, bo używałam albo sprawdzonych kosmetyków, o których już Wam mówiłam, albo zupełnych nowości, które wymagają głębszego poznania zanim sklecę o nich parę zdań. Poczyniłam jednak kolejne zakupy, a więc nowego materiału przybywa! ;)

Jednak nie o życiu miał być ten post, chociaż kto wie? Może i takie tu w końcu wpadną? Dziś chcę Wam opowiedzieć o mocno oczyszczającym szamponie Australian tea tree.

Saszetkowo - dziegciowe oczyszczanie

Od kiedy pamiętam przykładam bardzo dużą kwestię do oczyszczania twarzy. Nie zasnę bez zmycia makijażu, przynajmniej raz w tygodniu muszę nałożyć maseczkę na twarz, nie ma dla mnie idealniejszej pobudki niż poranne umycie twarzy i spryskanie jej tonikiem. Od kiedy poznałam glinki cały czas jakaś jest w moich zapasach. Mieszam je sama lub korzystam z gotowych. Wykorzystuje je zarówno do mycia jak i maseczkowania i nigdy się na nich nie zawiodłam. Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o kolejnej saszetce, która wylądowała w moich zbiorach za sprawą Milenki, mowa o dziegciowej oczyszczającej maseczce Babci Agaffi.  


Cytrynowo zadbane paznokcie

Myślałam, że ten post pojawi się już w czwartek, ale natrafiłam na komplikacje ;) No nic, mam nadzieję, że to opóźnienie nie sprawi, że nie będziecie chcieli poczytać o balsamie do skórek marki Fresh&Natural.


Balsam ten dostałam oczywiście od Anuli. Aż ciężko mi uwierzyć, że wcześniej nie znałam tej marki... Jestem całkowicie zakochana w ich orzechowym balsamie i gdy mi się już skończy (a będzie to niedługo) będę w rozpaczy! Bardzo polubiłam też ich olejek do ciała (który czeka w kolejce na zrecenzowanie) i dzisiejszy balsamik też jest bardzo dobrym produktem. Anulko, dziękuję za nawrócenie! ;)

Aktualizacja włosowa

Zdałam sobie sprawę, że ostatnią aktualizację włosową robiłam Wam parę miesięcy temu... Myślę, że pora to zmienić ;)


Włosy jak widać lubią się kręcić, a ja im w tym za bardzo nie przeszkadzam. Przydałoby się podciąć końcówki po zimie, widać rozdwojenia... I znów muszę rozejrzeć się za henną, chociaż muszę przyznać, że teraz bardziej ciągnie mnie do naturalnych farb. Macie jakieś doświadczenia z naturalną koloryzacją włosów?

Do twarzy mi z melisą?

Kosmetyki z Domu Cudownej Melisy mają w sobie coś magicznego (i to nie tylko przez tą słodką nazwę). Ciągnęło mnie do nich odkąd pierwszy raz ujrzałam je na blogu Anuli, długo jednak nie mogłam zrealizować swoich zamiarów. W końcu Anuś przysłała mi cały zestaw w prezencie, a ja prawie od razu (no zdjęcia przecież....) przystąpiłam do testów. O mydełkach, pomadce do ust i szamponie w kostce mogliście już przeczytać wcześniej. Pora więc przedstawić ostatni produkt z mojej gromadki - jest nim odżywczy krem do cery suchej.


Producent zapewnia:
Ekologiczny odżywczy krem do codziennego stosowania. Docenią go głównie osoby o suchej, szorstkiej skórze, odzyskując jej miękkość i delikatność.
Przygotowany z czystego hydrolatu z melisy wraz z olejkiem melisowym oraz z suszonych liści melisy i oliwy z oliwek. Zawiera naturalny emulgator z zarodków pszenicy.

Sądząc po opisie, produkt idealny dla mnie! A więc na prawdę chciałam jak najszybciej się do niego dorwać ;) W kartoniku ukrył się plastikowy słoiczek. Jest lekki a jednocześnie bardzo wytrzymały. Ma grube ścianki i ogólnie jest taki inny od znanych mi opakowań - tak inny, że musiałam Wam o tym wspomnieć ;) (na zdjęciach może nie być to tak widoczne...).


Słoiczek ten skrywa ciekawe, pachnące wnętrze! Pachnie oczywiście cudowną, orzeźwiającą, cytrynową meliską. Zapach nie jest zbyt intensywny, dzięki czemu nie męczy, nie pozostaje też długo na skórze.

Krem ma dość zbitą, bardzo kremową (tak wiem, powtarzam się), niby tłustą konsystencję. Skąd to niby? Otóż krem przy rozprowadzaniu nie sprawia wrażenia tłustego, wchłania się pięknie, praktycznie do matu, nie pozostawia żadnej warstwy. Jednak gdy użyjemy go w gorący dzień (a bardziej - będziemy w rozgrzanych pomieszczeniach) cera się delikatnie świeci i wtedy bez problemu określiłabym go jako krem tłusty. Ale tylko wtedy, w normalnych warunkach nie odnosi się takiego wrażenia.


Najważniejsze jest jednak jego działanie. Krem ładnie nawilża i odżywia cerę. Fajnie spisywał się w okolicach oczu - tutaj najbardziej widoczne było odżywienie. Skóra jest gładka i elastyczna a sam krem współpracuje z minerałami, dzięki czemu mogę malować się bez problemu. I takim działaniem cieszyłam się przez grudzień i większość stycznia. Potem przyszedł kryzys całej mojej skóry i mocno mnie wysuszyło - suche skórki wszędzie :/ Wtedy okazało się, że krem ten nie daje sobie rady z moją suchuteńką skórą. :( A tak go lubiłam...

Jeśli jednak Twoja skóra nie jest tak sucha jak moja - warto go spróbować. Choćby dla tej aksamitności i elastyczności jaką daje  - bo tego wrażenia już od jakiegoś czasu nie uświadczyłam.

Skład:

Krem mnie nie zapchał i zrobił mi nic złego. Nie poradził sobie jednak z kryzysem, a więc nie mogę na niego liczyć tak jakbym chciała...

Jeśli jesteście zainteresowani kosmetykami z melisy zajrzyjcie TUTAJ, z tego co się orientuję tylko tu można je dostać :) (gorąco polecam pomadkę do ust, mydełko to czysto melisowe i szampon!).