Są produkty, które na prawdę potrafią zaskoczyć. Rozpoczynając tą saszetkę, nie spodziewałam się, że tak polubię ten produkt. Ba! Ja myślałam nawet, że nic z tego nie będzie, byłam pełna wątpliwości. A tymczasem mam ochotę zrobić porządny zapas tego mydła, a najlepiej jakby było dostępne takie duuże opakowanie!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą saszetki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą saszetki. Pokaż wszystkie posty
Serwatką po głowie
Dziś miał się pojawić zupełnie inny post, ale jak zobaczyłam tamte zdjęcia to powiedziałam NIE. Musze je jakoś naprawić, albo pojawią się niedługo takie, w którym prawie już nie ma kosmetyku. No nic, jakoś to będzie! W związku jednak z powyższym dziś pojawia się post, który w sumie nie byłam pewna czy sie pojawi. Bo wiecie, ja nie lubię pisać za bardzo o kosmetykach nijakich, a szampon w saszetce, który tu widzicie właśnie taki jest.
Saszetkowo: ekspresowa regeneracja
To był na prawdę pechowy tydzień i cieszę się, że jest już prawie za nami... Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. Samochód się zepsuł, nie wiadomo o co chodzi, jestem zmęczona bo przez to mam problemy z dojazdem do pracy. Myślałam, że sobota będzie inna, a tymczasem przysporzyła tylko bólu głowy i pojawiło się mnóstwo wątpliwości. Przyznaję - jestem po prostu zmęczona, ale ciągle wierzę, że los się trochę odwróci i znów będzie słonecznie i będę miała powody do uśmiechu.
W ostatnim czasie wyznaczyłam sobie akcję - regenerację dla włosów. Chcę by były piękne na lato i ślub. Jednak nie udało mi się jak na razie zrobić nic by włosy wyrównać i usunąć rozdwojone końcówki... Chyba muszę wziąć się za siebie wreszcie i realizować plany, które przez sobą postawiłam. Oby się udało, Wasze kciuki na pewno nie zaszkodzą ;)
Saszetkowo - dziegciowe oczyszczanie
Od kiedy pamiętam przykładam bardzo dużą kwestię do oczyszczania twarzy. Nie zasnę bez zmycia makijażu, przynajmniej raz w tygodniu muszę nałożyć maseczkę na twarz, nie ma dla mnie idealniejszej pobudki niż poranne umycie twarzy i spryskanie jej tonikiem. Od kiedy poznałam glinki cały czas jakaś jest w moich zapasach. Mieszam je sama lub korzystam z gotowych. Wykorzystuje je zarówno do mycia jak i maseczkowania i nigdy się na nich nie zawiodłam. Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o kolejnej saszetce, która wylądowała w moich zbiorach za sprawą Milenki, mowa o dziegciowej oczyszczającej maseczce Babci Agaffi.
Saszetkowo: rozgrzewający peeling Kamczacki
Hej Kochani!
Ależ mnie dzisiaj widok za oknem zaskoczył - śniegu zupełnie się nie spodziewałam! Więc zmieniłam trochę plany co do dzisiejszej recenzji i przedstawiam rozgrzewający peeling Kamczacki od Babuszki Agaffi:
Możecie już kojarzyć tego pana z innych zdjęć. Umieściłam go przy okazji TEGO postu o jesiennej pielęgnacji ciała. Nie wspomniałam o nim w tekście z jednego powodu - tamta notka i tak niebezpiecznie mi się wydłużała... A więc o peelingu postanowiłam opowiedzieć innym i razem, tak oto nastał jego dzień na zaistnienie na blogu! Jak widzicie ostatnimi czasy mam bogatą saszetkową pielęgnację ;). Co jakiś czas tak wypada, że sporo kosmetyków mam właśnie w takiej wersji (z reguły jesienią...). Nie raz wspominałam Wam, że takie opakowanie jest dla mnie wygodne, a 100 ml to wystarczająca pojemność by móc wyrobić sobie jakieś zdanie. Poza tym niski koszt - ok 6 zł i mam mnóstwo produktów do testów, a Wy się ze mną nie nudzicie ;) (mam nadzieję!).
Rozgrzewający peeling Kamczacki jest peelingiem solnym, ale co ciekawe, ani razy nie odczułam nic nie przyjemnego typu szczypanie, pieczenie ranek z tego względu. Ma gęstą konsystencje, przez którą lubi uciekać z mokrych dłoni i ciała. Za to gdy używamy go na sucho jest dość oporny. Trochę dziwak z niego, na dodatek o dość marnych właściwościach masujących i ścierających. Przez to, że jest taki delikatny używam go na brzuch i dekolt, czyli akurat tam gdzie się nie szczotkuję, lub robię to bardzo subtelnie. Jest dobrym uzupełnieniem i tylko tyle, jeśli chcecie używać go do całego ciała to raczej się zawiedziecie...
Nie zauważyłam też obiecanego efektu rozgrzania...
Podoba mi się jego zapach - taki męski, leśny, naturalny :). Jednak nie czuć go zupełnie podczas kąpieli...
Podsumowując - niezbyt polecam, chyba, że macie na prawdę delikatną skórę i szukacie czegoś takiego... Ale znowu czy wtedy solny peeling to dobre wyjście?
Znacie go? Może u kogoś spisywał się lepiej?
Piękna jesienią - twarz
Heeej!
Ten post miał być na wczoraj... Ale jakoś tak nie wyszło. 1 listopada zakończył się nieprzyjemnym zdarzeniem, prawie zderzeniem, na którym ucierpiał bok samochodu mojego. Mogło być gorzej... O wiele gorzej, więc cieszę się, że tylko tyle. Jednak wychodziłam z szoku przez dobę. Teraz jest lepiej, w ramach terapii upiekłam dziś bułeczki cynamonowe rodem ze Szwecji z przepisu Olgi (KLIK). I teraz już mogę znów do Was pisać!
Ten post miał być na wczoraj... Ale jakoś tak nie wyszło. 1 listopada zakończył się nieprzyjemnym zdarzeniem, prawie zderzeniem, na którym ucierpiał bok samochodu mojego. Mogło być gorzej... O wiele gorzej, więc cieszę się, że tylko tyle. Jednak wychodziłam z szoku przez dobę. Teraz jest lepiej, w ramach terapii upiekłam dziś bułeczki cynamonowe rodem ze Szwecji z przepisu Olgi (KLIK). I teraz już mogę znów do Was pisać!
Ponieważ podzieliłam sobie tydzień wyzwania "Piękna jesienią" na dwa posty, dziś część druga o pielęgnacji twarzy i recenzji jednej z saszetek Babuszki. Miałam już ich sporo i jakby ktoś był ciekawy wrażeń to TU znajdzie całą listę :).
Jesienią nie zapominam o maseczkach. O ile latem sięgam głównie po glinki, bardziej się skupiam na oczyszczaniu, tak jesienią rozpieszczam twarz czym tylko mogę. W ostatnim czasie dominuje u mnie maseczka liftingująca/tonizująca/ujędrniająca od Babuszki właśnie. Wybrałam ją jako taką regenerację po lecie i muszę przyznać, że dobrze spełnia swoje zadanie. Producent całkiem dobrze ją opisuje:
Maska posiada wyraźne działanie liftingujące, tonizuje skórę i
wyrównuje koloryt twarzy. Naturalne składniki wchodzące w jej skład
nawilżają, zwiększają jędrność i elastyczność skóry. Ślaz leśny zebrany w tajdze zawiera witaminy grupy A i C, dzięki czemu nawilża skórę. Organiczny ekstrakt białej herbaty i rdest ostrogorzki mają właściwości podciągające i tonizujące. Cladonia śnieżna
unikatowa roślina zawierająca kwas usinowy, który aktywizuje procesy
regeneracji i skutecznie chroni skórę przed zmianami związanymi z
wiekiem.
Maska ta ma przyjemną konsystencję, którą z łatwością rozprowadza się po twarzy. Jako, że ja ostatnio ciągle się w jakiś sposób masuje (jak nie szczotką to po prostu dłońmi), więc połowę czasu, który trzymam maseczkę poświęcam na masowanie. Dzięki temu mam wrażenie, że maseczka działa lepiej. Efekty są od razu widoczne, a nie tak jak zwykle po serii zabiegów. Po zmyciu jej z twarzy skóra jest miękka, nawilżona, elastyczna. Jako, że robię to łącząc z cotygodniowym SPA o którym już Wam wspominałam ostatnio (klik), to wychodzę z łazienki jak nowonarodzona ;).
Maska ma przyjemny, nienachalny zapach. Ja osobiście czuję delikatne (bardzo subtelne) chłodzenie gdy mam ją na twarzy. Moja skóra nie jest podrażniona po niej, ale wiem, że część z Was nie najlepiej reaguje na ilość ekstraktów w babuszkowych produktach.
Skład:
Aqua, Dicaprylyl Ether, Butirospermum Parkii (Shea Butter) (masło
shea), Organic Camellia Sinensis Leaf Extract (organiczny ekstrakt
białej herbaty), Persicaria Hydropiper Extract (ekstrakt rdestu
ostrogorzkiego), Malva Sylvestris Extract (ekstrakt ślazu leśnego),
Citraria Nivalis Extract (ekstrakt cladonii śnieżnej), Kaolin, Glyceryl
Stearate, Organic Triticum Vulgare (Wheat) Germ Oil (organiczny olejek
kiełków pszenicy), Cetearyl Alcohol, Sorbitane Stearate, Sodium Cetearyl
Sulfate, Xanthan Gum, Potasium Sorbate, Parfum, Citric Acid
Tak wygląda mój zabieg na twarz by czuć się piękna jesienią i przy okazji być też piękna jesienią życia ;). Bo jak teraz nie będę dbała o swoją skórę to i operację na starość nie pomogą :p
Ps. Ja swoją maseczkę mam z Zielonego Kredensu i aktualnie mają tam na nią promocję - KLIK.
Piękna jesienią - ciało, czyli o szczotkowaniu i maseczkowaniu!
Hej Kochani!
Ostatnio miałam szalony czas, piec do centralnego w domu się zepsuł, więc działo się wiele i nie miałam czasu na nic. A jak już miałam czas to nie miałam siły, serio - padałam bardzo wcześnie na łóżko i zasypiałam... Tymczasem post ten szykowałam już od dawien dawna! To o nim myślałam w momencie zgłoszenia się do akcji, więc mam nadzieję, że się Wam spodoba!
Odkąd kupiłam szczotkę do ciała nie rozstaję się z nią jeśli chodzi o pielęgnację. Kosztowała mnie niecałe 10 zł w Rossmanie i okazało się, że to bardzo dobrze spożytkowane pieniądze :). Włączyłam ją do swoich codziennych rytuałów i do cotygodniowych rytuałów SPA. Moje ciało polubiło szczotkowanie na sucho o czym świadczą efekty jakie dostrzegam - ale po kolei!
Szczotka ma dość szorstkie, naturalne włosie, wypustki ze sztucznego tworzywa, które są jakby gumowe, drewnianą podstawę i taśmę dzięki której łatwiej utrzymać szczotkę. Tej taśmy mogłabym się przyczepić bo to zdecydowanie najsłabszy punkt - jest za duża! Mogłabym zmieścić pod nią na spokojnie dwie swoje dłonie...
Jak już Wam wspomniałam szczotkę stosuje do masażu na sucho. Kolistymi ruchami rozpoczynam od stóp a kończę na dłoniach. Omijam okolice piersi bo uważam, że to zbyt drażniący zabieg jak na ten region. Codziennie rano tak zaczynam dzień - poświęcam na to tyle czasu ile aktualnie posiadam. Czasami jest to chwila, czasami nawet 10 min gdy się nie spieszę. Pobudzam w ten sposób z rana krążenie, rozgrzewam się, dobudzam i zyskuję więcej energii z rana. Im dłużej ją stosuję tym większą przyjemność sprawia mi taka forma masażu.
W soboty jednak mój rytuał nieco się zmienia. Sobota to czas na SPA, czyli długie masowanie szczotkę, następnie nałożenie maseczki na ciało i twarz (ale o twarzy to akurat będzie kiedy indziej). Mam wtedy pół godziny tylko dla siebie, a dzięki pobudzonemu krążeniu poprzez masaż maseczki do ciała mają ułatwione działanie. Poniżej Wam o nich opowiem.
Jednak zanim to zrobię chcę dodać jeszcze parę rzeczy o samym masażu na sucho i efektom jaki dzięki niemu osiągam oprócz wspomnianych powyżej. Otóż szczotkowanie sprawia,że skóra jest gładsza, jędrniejsza i ma bardziej równomierny koloryt. Cellulit i rozstępy wyraźnie się zmniejszają - szczotka zastępuje peeling i to w sposób fenomenalny.
Oprócz tego zachęcam wszystkie osoby, które maja problem z wrastającymi włoskami po goleniu by pomyślały o szczotkowaniu :).
I już wracam do wspomnianych przeze mnie maseczek do ciała, które wykorzystuje w moim SPA. Aktualnie posiadam dwie saszetki Babuszki Agaffi z Zielonego Kredensu. Obie kosztują w okolicy 6 zł i żałuję, że maski do ciała tak późno pojawiły się w mojej łazience bo są dużo mniej uciążliwe niż myślałam, a efekty bywają lepsze niż przy wielu balsamach i masłach. Poza tym to świetna opcja dla tych, które lubią zadbać o siebie raz i porządnie a potem mieć trochę spokoju, a nie codziennie wcierać różne kremidła ;).
Moje maski to wersja termalno - iłowa i czarna torfowa - odmładzająco, ujędrniająca. Obie zapakowane są w dobrze znane Wam saszetki. Każda ma pojemność 100 ml i starcza na 3 razy przynajmniej jeśli chodzi o moje ciało. Maski te są maskami opartymi w dużej mierze na glince, więc przez 10 min podczas, których mają się znajdywać na naszym ciele mogą zaschnąć delikatnie, jednak ciepły prysznic bez problemu sobie z tym radzi (chociaż ja raz się nie domyłam z glinki i zauważyłam to dopiero przy ubieraniu xD). Maski bardzo przyjemnie rozprowadza się po ciele, nie mają grudek ale kremową konsystencje, w momencie zastygania nie sprawiają dyskomfortu jak maseczki do twarzy na bazie glinki. Nie pachną też za bardzo.
Obie maski maja różne składy, które możecie zobaczyć TU i TU jednak działanie na mojej skórze jest bardzo zbliżone. Skóra jest świetnie oczyszczona, miękka i jędrna. W połączeniu z wcześniejszym szczotkowaniem co tydzień mam wrażenie, całkowicie nowej skóry. A im dłużej wykonuję te zabiegi tym dłużej utrzymuje się efekt. Co ciekawe moja sucha skóra dzięki maseczkowaniu nie potrzebuje tak dużo balsamów jak wcześniej. Biorąc pod uwagę, ze od dłuższego czasu nawet nie miałam żadnego balsamu to duża zmiana. Jestem zachwycona!
Maska termalno - iłowa ma jeszcze za zadanie rozgrzewać skórę, jednak ja osobiście nie zetknęłam się z tym efektem, ale kto wie? Może jestem gruboskórna..
Zaraz ktoś mi powie, że ale co można robić przez te 10 min gdy trzeba nago stać w łazience? Ja poświęcam ten czas na dokładny demakijaż, oczyszczanie twarzy, nałożenie maseczki i jej masaż... Gdy zostaje mi jeszcze trochę czasu to się rozciągam ;). Muszę wtedy wyglądać komicznie naga, w szarawej glince, z maseczką na twarzy. Ale co tam! Grunt, że to działa jak trzeba... To niewątpliwie najlepszy mój jesienny rytuał jaki wprowadziłam - idealnie wpisuje się do akcji Piękna Jesienią bo czuję się po nim piękniejsza, jestem taka i różnicę widać gołym okiem.
A więc oto mój jesienny rytuał dla piękna. Jestem ciekawa jak wygląda Wasz :)
Saszetkowo - ziołowy peeling do ciała
Hej!
Skład widoczny poniżej:
Jestem zadowolona z tego peelingu, to był przyjemny czas z nim pod prysznicem :).
Saszetka ta pochodzi ze sklepu Zielony Kredens.
Znacie ten peeling?
Jak się czujecie dziś? Ja miałam koszmary w nocy i jestem jakaś nieogarnięta, rozbita. Może zbyt wiele ważnych spraw mam teraz na głowie i mózg sobie nie radzi ;). Jednak wiecie, że ja nie lubię zadręczać Was swoimi problemami, więc porzucam ten temat i przechodzę do meritum. A jest nim ziołowy peeling do ciała w saszetce. Wiecie doskonale, że bardzo lubię to rozwiązanie, przetestowałam już niezłe grono tych saszetek (KLIK) i nie zamierzam przestać. Żadna krzywdy mi nie zrobiła, co najwyżej za bardzo nie działała. Za to było ich sporo co sprawiły, że byłam zadowolona, do tego niska cena - czego chcieć więcej?
Nie będę się rozpisywać na temat saszetki - jaka jest każdy widzi. Dla mnie przede wszystkim jest wygodna. Opakowanie nie pęka, nie przecieka, korek jest szczelny, bez problemu można wycisnąć wszystko co znajduje się w opakowaniu, a za tym nie ma marnowania.
Pojemność też fajna by przetestować produkt - 100 ml tego peelingu starczyło mi na czterokrotne użycie na całe ciało i jeszcze jedno do samych nóg. Biorąc pod uwagę cenę - ok 6 zł (bez promocji, a wiecie, że promocje to sprzymierzeniec każdej kobiety i wtedy można dostać te saszetki nawet po 3 zł) uważam, że to fajna opcja. Zwłaszcza, że mój ulubiony peeling domowy kawowy nieźle brudzi, tutaj tego nie ma, nie muszę sprzątać łazienki po wyjściu spod prysznica.
Peeling ten pachnie ziołowo ;). Kto był w szoku?
Jednak nie jest to zapach ziół mi znany, przeplata się w nim jeszcze jakaś inna, jakby cierpka nuta. Fajne to daje wrażenie pod prysznicem - takie orzeźwiające, odświeżające - zwłaszcza jak się lubi takie zapachy, ja lubię.
Jego konsystencja jest żelowa, jednak jest po brzegi wypchany różnymi drobinkami - mniejszymi białymi i twardszymi, większymi brązowymi i delikatniejszymi. Całość jest dość delikatna, ale skutecznie można wygładzić nią ciało. Jednak jest mały warunek - lepiej robić to na sucho, inaczej za bardzo nie odczujemy efektów zabiegu, a byłoby szkoda bo jest przyjemny.
Ciało zyskuje na wygładzeniu i jędrności. Po takim zabiegu pięknie wchłania balsam, jednak co ciekawe wcale nie jest on jakoś bardzo potrzebny, skóra nie jest wysuszona, ale oczyszczona. Nie ma mowy o podrażnieniach.
Skład widoczny poniżej:
Jestem zadowolona z tego peelingu, to był przyjemny czas z nim pod prysznicem :).
Saszetka ta pochodzi ze sklepu Zielony Kredens.
Znacie ten peeling?
Saszetkowo: maseczka odmładzająca na mleku łosia
Hej!
Dziś chcę Wam pokazać ostatnią jak na razie z moich saszetek od Bani Agaffi :) Nadal jest ich bardzo dużo i wszystkie mam ochotę spróbować bo jeszcze na żadnej się nie zawiodłam. Jedne były lepsze, drugie gorsze, jednak wszystkie były w porządku. Zwłaszcza za taką cenę - ok 5 zł a można i taniej :).
Tym razem przyszła pora na recenzje maseczki do twarzy na mleku łosia. Wiele z Was ją chwaliło i polecało pod moją wcześniejszą recenzją saszetkową z inną maseczką (witaminową). Rozbudziłyście moją ciekawość i szybko wzięłam się za testy.
Maseczka ta, przyznaję od razu, skradła moje serce swoim zapachem! Jest mleczny, słodki, przypomina trochę mleko skondensowane, kojarzy się z deserem, przypomina dzieciństwo. No pyszny jest! Aż ma się ochotę nabrać jej trochę na palec i posmakować ;)
Gdy tylko nałożę ją na twarz domownicy się za mną oglądają bo zapach jest dość intensywny, od razu przychodzi ochota na coś słodkiego ;)
Konsystencja też jest bardzo przyjemna, kremowa, nie za rzadka, idealnie gęsta, nie spływa z twarzy, ale świetnie się na niej rozprowadza. Bez problemu możemy nałożyć ją na twarz i zająć się czymś innym, nic nam nie skapnie. Maseczka też nie wysycha, nie wchłonie się całkowicie, chociaż troszeczkę tak :).
A jak działanie? Mocno odżywcze. Z racji tego, że moja skóra jest sucha bardzo cenię produkty, które dają mi moc nawilżenia. Ta maseczka właśnie taka jest. Nie zauważyłam różnicy w działaniu przy trzymaniu ją dłużej, więc tego nie czynię - 10 min i zmywam ( a czyni się to bardzo łatwo). Zyskuję miękką, odświeżoną, nawilżoną cerę. Nie zauważyłam by mnie zapchała lub podrażniła, a obawiałam się tego trochę bo na wizażu naczytałam się sporo opinii, że nie spotkanie z nią może piec.
Jednak większość tych dziewczyn nie zrobiła próby uczuleniowej, a przy tak bogatym składzie (z resztą co ja gadam, przy każdym składzie) według mnie to podstawa. Co innego gdy produkt zaczyna podrażniać po jakimś czasie, a co innego gdy po prostu nie chce nam sprawdzić dla własnego bezpieczeństwa czy nie jesteśmy może na coś uczuleni...
Skład:
Aqua, Kaolin (biała glinka), Carbomer, Organic Rhodiola Rosea Root Extract (organiczny ekstrakt różeńca górskiego), Morus Alba Fruit Extract (ekstrakt sachalińskiej białej morwy), Organic Beeswax (organiczny biały pszczeli wosk), Milk (mleko łosia), Sodium Cetearyl Sulfate, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) (masło shea), Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Xanthan Gum, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Citric Acid.
Podsumowując - ja jestem z niej bardzo zadowolona. Robi co ma robić, uprzyjemnia czas, nie jest kłopotliwa w obsłudze, wystarczy 10 min raz w tygodniu by cieszyć się efektami na dłużej... Do tego niska cena, coraz lepsza dostępność, super opakowanie, czego chcieć więcej?
Znacie się z tą maseczką, wiem, że niektóre za Was za nią przepadają :)
Dziś chcę Wam pokazać ostatnią jak na razie z moich saszetek od Bani Agaffi :) Nadal jest ich bardzo dużo i wszystkie mam ochotę spróbować bo jeszcze na żadnej się nie zawiodłam. Jedne były lepsze, drugie gorsze, jednak wszystkie były w porządku. Zwłaszcza za taką cenę - ok 5 zł a można i taniej :).
Tym razem przyszła pora na recenzje maseczki do twarzy na mleku łosia. Wiele z Was ją chwaliło i polecało pod moją wcześniejszą recenzją saszetkową z inną maseczką (witaminową). Rozbudziłyście moją ciekawość i szybko wzięłam się za testy.
Maseczka ta, przyznaję od razu, skradła moje serce swoim zapachem! Jest mleczny, słodki, przypomina trochę mleko skondensowane, kojarzy się z deserem, przypomina dzieciństwo. No pyszny jest! Aż ma się ochotę nabrać jej trochę na palec i posmakować ;)
Gdy tylko nałożę ją na twarz domownicy się za mną oglądają bo zapach jest dość intensywny, od razu przychodzi ochota na coś słodkiego ;)
Konsystencja też jest bardzo przyjemna, kremowa, nie za rzadka, idealnie gęsta, nie spływa z twarzy, ale świetnie się na niej rozprowadza. Bez problemu możemy nałożyć ją na twarz i zająć się czymś innym, nic nam nie skapnie. Maseczka też nie wysycha, nie wchłonie się całkowicie, chociaż troszeczkę tak :).
A jak działanie? Mocno odżywcze. Z racji tego, że moja skóra jest sucha bardzo cenię produkty, które dają mi moc nawilżenia. Ta maseczka właśnie taka jest. Nie zauważyłam różnicy w działaniu przy trzymaniu ją dłużej, więc tego nie czynię - 10 min i zmywam ( a czyni się to bardzo łatwo). Zyskuję miękką, odświeżoną, nawilżoną cerę. Nie zauważyłam by mnie zapchała lub podrażniła, a obawiałam się tego trochę bo na wizażu naczytałam się sporo opinii, że nie spotkanie z nią może piec.
Jednak większość tych dziewczyn nie zrobiła próby uczuleniowej, a przy tak bogatym składzie (z resztą co ja gadam, przy każdym składzie) według mnie to podstawa. Co innego gdy produkt zaczyna podrażniać po jakimś czasie, a co innego gdy po prostu nie chce nam sprawdzić dla własnego bezpieczeństwa czy nie jesteśmy może na coś uczuleni...
Skład:
Aqua, Kaolin (biała glinka), Carbomer, Organic Rhodiola Rosea Root Extract (organiczny ekstrakt różeńca górskiego), Morus Alba Fruit Extract (ekstrakt sachalińskiej białej morwy), Organic Beeswax (organiczny biały pszczeli wosk), Milk (mleko łosia), Sodium Cetearyl Sulfate, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) (masło shea), Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Xanthan Gum, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Citric Acid.
Podsumowując - ja jestem z niej bardzo zadowolona. Robi co ma robić, uprzyjemnia czas, nie jest kłopotliwa w obsłudze, wystarczy 10 min raz w tygodniu by cieszyć się efektami na dłużej... Do tego niska cena, coraz lepsza dostępność, super opakowanie, czego chcieć więcej?
Znacie się z tą maseczką, wiem, że niektóre za Was za nią przepadają :)
Saszetkowo: witaminowa maseczka do twarzy
Hej Kochani!
Nawet sobie nie wyobrażacie jak mi źle, że nie mogę Was odwiedzać... ale na tym pierunskim tablecie się nie da! Musiałabym znać adresy Waszych blogów na pamięć :/
A na laptop muszę jeszcze trochę dozbierać...
no nic, mam nadzieję, że na razie mi wybaczycie moją tymczasową nieobecność. Los złośliwy bywa.
Ponarzekane, więc pora na przyjemniejszą część, czyli recenzję!
A recenzja będzie dotyczyć kolejnej saszetki od Babci Agafii, tym razem maseczki witaminowej do twarzy. Oto i ona:
Po raz kolejny rozpisywać się nie będę o tym jak przyjemne jest to opakowanie, w skrócie dodam tylko, że poręczne i funkcjonalne. I na tym koniec, obiecuję xd
Sama maseczka ma natomiast ciekawą konsystencję. Jest żelowa, ale gęsta. Przypomina taki mocno zżelowany kisiel. Nakłada się ją przyjemnie, chociaż początkowo może się wydawać że opornie. Nie ma co jej sobie żałować, cienką warstwą trudniej się manewruje.
Zapach też ma kisielowo owocowy :) Fajnie poprawia humor.
Komicznie się w niej wygląda, jakby jakiś obcy nas obślinił ;)) nie raz wzbudziłam w domownikach niepohamowane wybuchy śmiechu gdy mnie w niej zobaczyli. Ale co tam! Śmiech to zdrowie :D
Maseczka ta ma przyjemne działanie. Nie ma efektu wow, ale jest przyjemnie :)
Twarz prezentuje się promienniej, koloryt jest jakby bardziej wyrównany, daje lekkie nawilżenie. Lekkie bo na zimę, dla mojej twarzy to trochę za mało. Spodziewam się, że w lecie będzie spisywała się lepiej.
Twarz po zmyciu jej (co bywa trochę problematyczne, zwłaszcza gdy nie posiadamy jakiejś gąbeczki) jest napięta, ale nie wysuszona, pięknie wchłania krem, który jej się aplikuje.
Maseczka ani razu mnie nie podrażniła, ani nie zapchała.
Jest też bardzo wydajna, mimo że trzeba ją nakładać grubszą warstwą. Swoją saszetkę posiadam od końca sierpnia (trafiła do mnie po spotkaniu blogerek od sklepu Skarby Syberii), używałam jej z 6 razy i nadal sporo jest w opakowaniu.
Wygląda niczym sorbet, nie? ;)
Ogólnie oceniam ją na plus. Ma w sobie coś przez co chce się po nią sięgać mimo braku zniewalających rezultatów. A to cecha zdecydowanie na plus, zwłaszcza dla osób, które o maseczkach zapominają ;)
Znacie ją?
Nawet sobie nie wyobrażacie jak mi źle, że nie mogę Was odwiedzać... ale na tym pierunskim tablecie się nie da! Musiałabym znać adresy Waszych blogów na pamięć :/
A na laptop muszę jeszcze trochę dozbierać...
no nic, mam nadzieję, że na razie mi wybaczycie moją tymczasową nieobecność. Los złośliwy bywa.
Ponarzekane, więc pora na przyjemniejszą część, czyli recenzję!
A recenzja będzie dotyczyć kolejnej saszetki od Babci Agafii, tym razem maseczki witaminowej do twarzy. Oto i ona:
Po raz kolejny rozpisywać się nie będę o tym jak przyjemne jest to opakowanie, w skrócie dodam tylko, że poręczne i funkcjonalne. I na tym koniec, obiecuję xd
Sama maseczka ma natomiast ciekawą konsystencję. Jest żelowa, ale gęsta. Przypomina taki mocno zżelowany kisiel. Nakłada się ją przyjemnie, chociaż początkowo może się wydawać że opornie. Nie ma co jej sobie żałować, cienką warstwą trudniej się manewruje.
Zapach też ma kisielowo owocowy :) Fajnie poprawia humor.
Komicznie się w niej wygląda, jakby jakiś obcy nas obślinił ;)) nie raz wzbudziłam w domownikach niepohamowane wybuchy śmiechu gdy mnie w niej zobaczyli. Ale co tam! Śmiech to zdrowie :D
Maseczka ta ma przyjemne działanie. Nie ma efektu wow, ale jest przyjemnie :)
Twarz prezentuje się promienniej, koloryt jest jakby bardziej wyrównany, daje lekkie nawilżenie. Lekkie bo na zimę, dla mojej twarzy to trochę za mało. Spodziewam się, że w lecie będzie spisywała się lepiej.
Twarz po zmyciu jej (co bywa trochę problematyczne, zwłaszcza gdy nie posiadamy jakiejś gąbeczki) jest napięta, ale nie wysuszona, pięknie wchłania krem, który jej się aplikuje.
Maseczka ani razu mnie nie podrażniła, ani nie zapchała.
Jest też bardzo wydajna, mimo że trzeba ją nakładać grubszą warstwą. Swoją saszetkę posiadam od końca sierpnia (trafiła do mnie po spotkaniu blogerek od sklepu Skarby Syberii), używałam jej z 6 razy i nadal sporo jest w opakowaniu.
Wygląda niczym sorbet, nie? ;)
Ogólnie oceniam ją na plus. Ma w sobie coś przez co chce się po nią sięgać mimo braku zniewalających rezultatów. A to cecha zdecydowanie na plus, zwłaszcza dla osób, które o maseczkach zapominają ;)
Znacie ją?
Saszetkowo: peeling do ciała 5 olejów
Hej kochani...
nie uwierzycie jaki pech... padł mi komputer i wygląda na to że na amen :( a magisterke muszę pisać... projekty na studia też, wszystkie materiały do nauki mam na nim.. :(((
Co za los...
a na tablecie nie mogę zbytnio nawet Was odwiedzać bo nie wyświetla mi się ten panel z nowymi waszymi postami nie wiem czemu :(
Smutno mi teraz... pisać posty tez jest źle, ale dam rade... dobrze, ze do paru wpisów roboczych wgrałam już zdjęcia bo inaczej byłby problem...
Nie chcę jednak Was znudzić moimi problemami, tylko opowiedzieć co nieco o peelingu saszetkowym od Babci Agafii, który dostałam na spotkaniu blogerek od sklepu Skarby Syberii.
Saszetki te, mają to do siebie, że sa wygodne w użyciu. Gdy się nie zużyje całej można zakręcić, łatwo mi się też wyciska zawartość. Składy też są bardzo przyjemne, tak samo zapachy - ogólnie rzecz biorąc uważam, że to bardzo fajne kosmetyki :)
Ten peeling nie bez przyczyny nazwany jest masującym. To jego główna funkcja ;) Nie radzi sobie on zbytnio ze starym naskórkiem, nie ma mowy o silnym efekcie peelingującym czy o bardzo wygładzonej skórze. Nie jest to też peeling 'tłusty', nie daje uczucia nawilżonego ciała.
Ale masuje bardzo przyjemnie, rozluźnia... drobinki nie są ostre, bardziej miękkie, różnej wielkości. Nie rozpuszczają się.
Cały peeling nie ucieka z dłoni, nie pieni się, łatwo splukuje z ciała.
Skład:
A jeśli chodzi o zapach...
cóż to jedna niewiadoma dla mnie... z jednej strony mamy soczysty, owocowy zapach, z drugiej woń jakby plastikową. Ogólnie pachnie niby ładnie, jednak momentami irytuje ; )
I co Wy na to? :D
Wygląd ma śliczny... jednak wygląd to nie wszystko.
jak go oceniam tak całościowo? Jest po prostu ok, nic więcej, nic mniej...
Znacie?
nie uwierzycie jaki pech... padł mi komputer i wygląda na to że na amen :( a magisterke muszę pisać... projekty na studia też, wszystkie materiały do nauki mam na nim.. :(((
Co za los...
a na tablecie nie mogę zbytnio nawet Was odwiedzać bo nie wyświetla mi się ten panel z nowymi waszymi postami nie wiem czemu :(
Smutno mi teraz... pisać posty tez jest źle, ale dam rade... dobrze, ze do paru wpisów roboczych wgrałam już zdjęcia bo inaczej byłby problem...
Nie chcę jednak Was znudzić moimi problemami, tylko opowiedzieć co nieco o peelingu saszetkowym od Babci Agafii, który dostałam na spotkaniu blogerek od sklepu Skarby Syberii.
Saszetki te, mają to do siebie, że sa wygodne w użyciu. Gdy się nie zużyje całej można zakręcić, łatwo mi się też wyciska zawartość. Składy też są bardzo przyjemne, tak samo zapachy - ogólnie rzecz biorąc uważam, że to bardzo fajne kosmetyki :)
Ten peeling nie bez przyczyny nazwany jest masującym. To jego główna funkcja ;) Nie radzi sobie on zbytnio ze starym naskórkiem, nie ma mowy o silnym efekcie peelingującym czy o bardzo wygładzonej skórze. Nie jest to też peeling 'tłusty', nie daje uczucia nawilżonego ciała.
Ale masuje bardzo przyjemnie, rozluźnia... drobinki nie są ostre, bardziej miękkie, różnej wielkości. Nie rozpuszczają się.
Cały peeling nie ucieka z dłoni, nie pieni się, łatwo splukuje z ciała.
Skład:
A jeśli chodzi o zapach...
cóż to jedna niewiadoma dla mnie... z jednej strony mamy soczysty, owocowy zapach, z drugiej woń jakby plastikową. Ogólnie pachnie niby ładnie, jednak momentami irytuje ; )
I co Wy na to? :D
Wygląd ma śliczny... jednak wygląd to nie wszystko.
jak go oceniam tak całościowo? Jest po prostu ok, nic więcej, nic mniej...
Znacie?
Scrubem w stopy gdy wołają pomocy
Hej Wszystkim! :)
Dziś wreszcie będzie post o pielęgnacji stóp. Ostatnio bardzo zaniedbałam ten temat... nie tylko na blogu :/.
Powiem wam jedno - trampki, mimo że wygodne nie nadają się na bieranie malin w upały, guma tak mnie poodparzała że szok! Uroki moich nienaturalnie wrażliwych stóp :(
Jak dobrze jednak, że miałam coś co mogłam wykorzystać na taką okazję! Ach, czasami zapasy kosmetyków się jednak przydają :).
O czymś co uratowało mnie nie raz i rozkochało sobie będzie dzisiaj.
A to coś to nic innego jak zmiękczający peeling do stóp od Bani Agaffi.
Saszetki już opisywałam nie raz, jednak do tej pory skupiałam się bardziej na tych włosowych - jakiż to był błąd! Gdyby nie naturalne spotkanie blogerek i wspaniała Asia z Organiki prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po ten peeling - tyyyle bym straciła!
Wyglądu saszetki opisywać nie będę, robiłam już to parę razy, a poza tym jak jest każdy widzi ;).
Jednak muszę, wprost muszę wspomnieć jak ten peeling genialnie pachnie! Ja chcę taki do ciała! A jak nie znajdę to tym się wysmaruję. Jestem wprost zakochana w tej woni. Nie potrafię jednak stwierdzić co dokładnie w nim czuję, trochę niby miodu, trochę niby szałwii, masę innych rzeczy, a połączenie wychodzi niesamowite!
Peeling ma zbitą, troszkę masełkową konsystencje w której zatopione są drobiny(nie mylić z drobinkami) cukru. Nie trzeba go wiele by cała stopa została nim wysmarowana. Cukier nie rozpuszcza się szybko, jednak muszę przyznać, że nie ma jakichś specjalnie dużych właściwości ścierających - za to cudownie masuje! Ale, ale! Niby to peeling i powinien głównie zdzierać, jednak on odżywia! Parę chwil masowania stópek tym kosmetykiem a stopy po spłukaniu są mięciutkie jak u dziecka. Efekt spokojnie utrzymuje się dzień lub dwa, a gdy dłużej pomasujemy to nawet parę dni. Nie muszę po nim używać kremów a i tak cieszą mnie moje stopy (a ja z tych co za swoimi stopami nie przepadają).
Skład:
Mimo, że używam go często nadal mam sporo w saszetce - także mam jeszcze więcej radości - nie dość, że działanie super to jeszcze wydajność jest świetna. Peeling ten stał się stałym bywalcem w mojej łazience, gdy się skończy na pewno zakupię kolejne opakowanie. I na pewno przejdę się wtedy do sklepiku Asi (kto nie wie niech słucha, znaczy się czyta - Asia jest niesamowita! Warto do niej pójść tylko po to by móc wysłuchać jak wiele wie o kosmetykach, które sprzedaje :) LUBLINANKI - zapraszam na Wieniawską 8)
Znacie ten peeling?
Dziś wreszcie będzie post o pielęgnacji stóp. Ostatnio bardzo zaniedbałam ten temat... nie tylko na blogu :/.
Powiem wam jedno - trampki, mimo że wygodne nie nadają się na bieranie malin w upały, guma tak mnie poodparzała że szok! Uroki moich nienaturalnie wrażliwych stóp :(
Jak dobrze jednak, że miałam coś co mogłam wykorzystać na taką okazję! Ach, czasami zapasy kosmetyków się jednak przydają :).
O czymś co uratowało mnie nie raz i rozkochało sobie będzie dzisiaj.
A to coś to nic innego jak zmiękczający peeling do stóp od Bani Agaffi.
Saszetki już opisywałam nie raz, jednak do tej pory skupiałam się bardziej na tych włosowych - jakiż to był błąd! Gdyby nie naturalne spotkanie blogerek i wspaniała Asia z Organiki prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po ten peeling - tyyyle bym straciła!
Wyglądu saszetki opisywać nie będę, robiłam już to parę razy, a poza tym jak jest każdy widzi ;).
Jednak muszę, wprost muszę wspomnieć jak ten peeling genialnie pachnie! Ja chcę taki do ciała! A jak nie znajdę to tym się wysmaruję. Jestem wprost zakochana w tej woni. Nie potrafię jednak stwierdzić co dokładnie w nim czuję, trochę niby miodu, trochę niby szałwii, masę innych rzeczy, a połączenie wychodzi niesamowite!
Peeling ma zbitą, troszkę masełkową konsystencje w której zatopione są drobiny(nie mylić z drobinkami) cukru. Nie trzeba go wiele by cała stopa została nim wysmarowana. Cukier nie rozpuszcza się szybko, jednak muszę przyznać, że nie ma jakichś specjalnie dużych właściwości ścierających - za to cudownie masuje! Ale, ale! Niby to peeling i powinien głównie zdzierać, jednak on odżywia! Parę chwil masowania stópek tym kosmetykiem a stopy po spłukaniu są mięciutkie jak u dziecka. Efekt spokojnie utrzymuje się dzień lub dwa, a gdy dłużej pomasujemy to nawet parę dni. Nie muszę po nim używać kremów a i tak cieszą mnie moje stopy (a ja z tych co za swoimi stopami nie przepadają).
Skład:
Mimo, że używam go często nadal mam sporo w saszetce - także mam jeszcze więcej radości - nie dość, że działanie super to jeszcze wydajność jest świetna. Peeling ten stał się stałym bywalcem w mojej łazience, gdy się skończy na pewno zakupię kolejne opakowanie. I na pewno przejdę się wtedy do sklepiku Asi (kto nie wie niech słucha, znaczy się czyta - Asia jest niesamowita! Warto do niej pójść tylko po to by móc wysłuchać jak wiele wie o kosmetykach, które sprzedaje :) LUBLINANKI - zapraszam na Wieniawską 8)
Znacie ten peeling?
Saszetkowo: błyskawiczna maska do włosów, pielęgnacyjna
Witam wszystkich w następny ponury dzień... Chyba pogoda opłakuje wraz ze mną mojego ukochanego dziadka.... Niestety przegrał, a może wygrał? W końcu to on teraz jest w lepszym miejscu, uwolniony od bólu, który go ciągle trzymał w swoich sidłach. Nam jest trudniej do tego przywyknąć, brakuje nam go na każdym kroku. Pozostają wspomnienia, wiem, że z każdym dniem będzie coraz lżej, jednak w tej chwili czuje jakby ktoś coś bardzo ciężkiego przyczepił mi do serca...
Muszę żyć dalej, wiem, że dziadek był dumny ze wszystkiego co robię i zamierzam nadal dawać mu powody do dumy, nadal oddawać się swoim zainteresowaniom. Nawet jeśli w tej chwili nie wydają mi się one warte mojego czasu. Dlatego też dziś powstała ta recenzja, mam nadzieje, że Was zainteresuje.
Oto błyskawiczna maska do włosów - pielęgnacyjna:
Po raz kolejny opakowania opisywać nie będę, robiłam to przy innych saszetkowych produktach, teraz podsumuje je jednym słowem: fajny pomysł (no dobra, były dwa). Kolorystykę widać, więc też nie będę się nad nią rozwodzić.
Zapach? Ziołowo - perfumowy, jak w jakiejś drogerii :). Nie zostaje jednak na włosach.
Maska ta ma idealną konsystencje - nie jest ani za rzadka, ani za gęsta, bez problemu rozprowadza się ją na włosach i szybko w nie wnika, tak, że mam wrażenie prawie że nic nie nałożyłam. Co fajne - można ją nakładać blisko skóry głowy i nie podrażnia, nie też powoduje przyklapu. Nie obciąża włosów, jednak nie latają po niej jak piórka wokół głowy. Wydawać by się mogło - ideał! Ale jednak nie. Zastosowałam ją 7 razy (na tyle mi wystarczyło opakowanie). 4 początkowe razy to był puch, a potem to już sielanka - włos miał piękny skręt i był wygładzony. Nie wiem od czego to zależy, może włosy musiały się przyzwyczaić do jakiegoś składnika? (stosowałam głównie pod rząd, dopiero ostatni raz po jakimś czasie, ale nadal efekt był ładny).
Maska ta nie odżywiła spektakularnie moich włosów (zwłaszcza przez pierwsze 4 razy), ale była ciekawym doświadczeniem. Czy polecam? Tak, jak kupicie w promocji, może u Was proporcje będą inne? Albo od początku zacznie dawać taki efekt jak mi na koniec?
Skład:
Aqua, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Panax Ginseng Root Extract (ekstrakt z korzenia żeń-szenia dalekowschodniego), Pulmonaria Officinalis Extract (ekstrakt miodunki), Scilla Sibirica Extract (ekstrakt cebulicy syberyjskiej), Organic Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil (organiczny olej z białego lnu), Organic Lichen Islandicus Extract (organiczny ekstrakt mchu islandzkiego), Phyllodoce Caerulea Extract (ekstrakt wrzosu islandzkiego), Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Parfum, Caramel, Citric Acid.
Miałyście ją?
Muszę żyć dalej, wiem, że dziadek był dumny ze wszystkiego co robię i zamierzam nadal dawać mu powody do dumy, nadal oddawać się swoim zainteresowaniom. Nawet jeśli w tej chwili nie wydają mi się one warte mojego czasu. Dlatego też dziś powstała ta recenzja, mam nadzieje, że Was zainteresuje.
Oto błyskawiczna maska do włosów - pielęgnacyjna:
Po raz kolejny opakowania opisywać nie będę, robiłam to przy innych saszetkowych produktach, teraz podsumuje je jednym słowem: fajny pomysł (no dobra, były dwa). Kolorystykę widać, więc też nie będę się nad nią rozwodzić.
Zapach? Ziołowo - perfumowy, jak w jakiejś drogerii :). Nie zostaje jednak na włosach.
Maska ta ma idealną konsystencje - nie jest ani za rzadka, ani za gęsta, bez problemu rozprowadza się ją na włosach i szybko w nie wnika, tak, że mam wrażenie prawie że nic nie nałożyłam. Co fajne - można ją nakładać blisko skóry głowy i nie podrażnia, nie też powoduje przyklapu. Nie obciąża włosów, jednak nie latają po niej jak piórka wokół głowy. Wydawać by się mogło - ideał! Ale jednak nie. Zastosowałam ją 7 razy (na tyle mi wystarczyło opakowanie). 4 początkowe razy to był puch, a potem to już sielanka - włos miał piękny skręt i był wygładzony. Nie wiem od czego to zależy, może włosy musiały się przyzwyczaić do jakiegoś składnika? (stosowałam głównie pod rząd, dopiero ostatni raz po jakimś czasie, ale nadal efekt był ładny).
Maska ta nie odżywiła spektakularnie moich włosów (zwłaszcza przez pierwsze 4 razy), ale była ciekawym doświadczeniem. Czy polecam? Tak, jak kupicie w promocji, może u Was proporcje będą inne? Albo od początku zacznie dawać taki efekt jak mi na koniec?
Skład:
Aqua, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Panax Ginseng Root Extract (ekstrakt z korzenia żeń-szenia dalekowschodniego), Pulmonaria Officinalis Extract (ekstrakt miodunki), Scilla Sibirica Extract (ekstrakt cebulicy syberyjskiej), Organic Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil (organiczny olej z białego lnu), Organic Lichen Islandicus Extract (organiczny ekstrakt mchu islandzkiego), Phyllodoce Caerulea Extract (ekstrakt wrzosu islandzkiego), Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Parfum, Caramel, Citric Acid.
Miałyście ją?
Saszetkowo - duet szampon i odżywka od Banii Agaffi - ochrona koloru
Hej!
Jako, że jestem w temacie włosowym ostatnio, przygotowałam dla Was dziś recenzję dwóch saszetek od Banii Agaffi z serii ochrona koloru. Zarówno szampon jak i odzywkę stosowałam solo i w duecie i mam parę słów do powiedzenia na ich temat :).
Mówiłam Wam już o tym, że forma tych saszetek bardzo mi się podoba, raz, że zajmują mało miejsca, dwa, że można je odkręcać i zakręcać i nic się nie wylewa i ogólnie to bardzo fajna opcja na wypróbowanie kosmetyku bo maja idealną pojemność - 100 ml. Do tej pory zrecenzowałam: aktywator wzrostu i balsam regeneracyjny. Oba te produkty polecam, co do ochrony koloru - zapraszam do czytania.
Najpierw o szamponie. Ma trochę ciemniejsze opakowanie niż odżywka, dzięki czemu łatwo odróżnić je od siebie gdy się myje głowę.
Szampon ma dość rzadką konsystencję, za to genialnie się pieni, nie trzeba go zbyt dużo by całe włosy pokrywała cudowna, gęsta, aksamitna piana, którą z łatwością się rozprowadza. Po spłukaniu włosy tak na prawdę nie wymagają odżywki, bo są bardzo ładnie wygładzone i nie są poplątane. Jednak ma to swoją cenę... Szampon jest delikatny i po prostu nie domywa dobrze włosów, nie wiem czy poradziłby sobie z olejami skoro samych włosów nie oczyszcza... Skóra głowy też szybko zaczyna się upominać o swoje.
A żeby było zabawniej, szampon ochrona koloru wypłukał mi całą gencjanę z włosów ;). A od razu po gencjanowaniu używałam mydła miodowego i ono jej nie ruszyło, a po użyciu tego szamponu woda była fioletowa...Taka jakaś lipna na ochrona koloru ;).
Szampon zyskuje na wydajności i jest idealny gdy nam się spieszy,bo nie potrzebujemy odżywki. Do tego ładnie pachnie - tak świeżo i słodko jednocześnie. Żałuję bardzo, że zapach ten nie utrzymuje się na włosach. Przyjemny szampon, ale nie na tyle bym kiedykolwiek miała do niego wrócić.
A teraz pora na odżywkę:
Odżywka ma trochę gęstszą konsystencję niż szampon, ale jednak nie działa to na jej korzyść mimo łatwości w rozsmarowywaniu na włosach odżywki trzeba użyć dużo by pokryć je całe. Szybko się wchłania, więc ostatecznie jest niewydajna. To 100 ml znika po kilku użyciach.
Zapach podobny do szamponowego, ale ma w sobie jakąś sztuczną, wkurzającą mnie nutę, na szczęście, tym razem również nie zostaje na włosach.
Odżywka użyta bez szamponu nie daje zbyt wiele - ale przynajmniej nie wypłukuje koloru ;).
Za to z szamponem otrzymujemy wygładzenie i blask, miękkość i w moim wypadku delikatny puch w babyhairach ;). Ma to jednak swoją cenę - krótszy czas świeżości włosów...
Mimo nakładania blisko skóry głowy nie podrażnia, a producent nawet mówi o pobudzeniu wzrostu włosów - tego jednak nie próbowałam i sprawdzałam pod tym kontem tego kosmetyku.
Podsumowując - nie uważam tego duetu za porażkę, ale więcej po niego nie sięgnę ponieważ nie spełnił moich oczekiwań podstawowych - ochrona koloru. Poza tym walczę jednak by moje włosy były jak najdłużej świeże..
Mieliście kontakt z tym duetem? A może chociaż z jednym z tych kosmetyków?
Jako, że jestem w temacie włosowym ostatnio, przygotowałam dla Was dziś recenzję dwóch saszetek od Banii Agaffi z serii ochrona koloru. Zarówno szampon jak i odzywkę stosowałam solo i w duecie i mam parę słów do powiedzenia na ich temat :).
Mówiłam Wam już o tym, że forma tych saszetek bardzo mi się podoba, raz, że zajmują mało miejsca, dwa, że można je odkręcać i zakręcać i nic się nie wylewa i ogólnie to bardzo fajna opcja na wypróbowanie kosmetyku bo maja idealną pojemność - 100 ml. Do tej pory zrecenzowałam: aktywator wzrostu i balsam regeneracyjny. Oba te produkty polecam, co do ochrony koloru - zapraszam do czytania.
Najpierw o szamponie. Ma trochę ciemniejsze opakowanie niż odżywka, dzięki czemu łatwo odróżnić je od siebie gdy się myje głowę.
Szampon ma dość rzadką konsystencję, za to genialnie się pieni, nie trzeba go zbyt dużo by całe włosy pokrywała cudowna, gęsta, aksamitna piana, którą z łatwością się rozprowadza. Po spłukaniu włosy tak na prawdę nie wymagają odżywki, bo są bardzo ładnie wygładzone i nie są poplątane. Jednak ma to swoją cenę... Szampon jest delikatny i po prostu nie domywa dobrze włosów, nie wiem czy poradziłby sobie z olejami skoro samych włosów nie oczyszcza... Skóra głowy też szybko zaczyna się upominać o swoje.
A żeby było zabawniej, szampon ochrona koloru wypłukał mi całą gencjanę z włosów ;). A od razu po gencjanowaniu używałam mydła miodowego i ono jej nie ruszyło, a po użyciu tego szamponu woda była fioletowa...Taka jakaś lipna na ochrona koloru ;).
Szampon zyskuje na wydajności i jest idealny gdy nam się spieszy,bo nie potrzebujemy odżywki. Do tego ładnie pachnie - tak świeżo i słodko jednocześnie. Żałuję bardzo, że zapach ten nie utrzymuje się na włosach. Przyjemny szampon, ale nie na tyle bym kiedykolwiek miała do niego wrócić.
A teraz pora na odżywkę:
Odżywka ma trochę gęstszą konsystencję niż szampon, ale jednak nie działa to na jej korzyść mimo łatwości w rozsmarowywaniu na włosach odżywki trzeba użyć dużo by pokryć je całe. Szybko się wchłania, więc ostatecznie jest niewydajna. To 100 ml znika po kilku użyciach.
Zapach podobny do szamponowego, ale ma w sobie jakąś sztuczną, wkurzającą mnie nutę, na szczęście, tym razem również nie zostaje na włosach.
Odżywka użyta bez szamponu nie daje zbyt wiele - ale przynajmniej nie wypłukuje koloru ;).
Za to z szamponem otrzymujemy wygładzenie i blask, miękkość i w moim wypadku delikatny puch w babyhairach ;). Ma to jednak swoją cenę - krótszy czas świeżości włosów...
Mimo nakładania blisko skóry głowy nie podrażnia, a producent nawet mówi o pobudzeniu wzrostu włosów - tego jednak nie próbowałam i sprawdzałam pod tym kontem tego kosmetyku.
Podsumowując - nie uważam tego duetu za porażkę, ale więcej po niego nie sięgnę ponieważ nie spełnił moich oczekiwań podstawowych - ochrona koloru. Poza tym walczę jednak by moje włosy były jak najdłużej świeże..
Mieliście kontakt z tym duetem? A może chociaż z jednym z tych kosmetyków?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



