Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kallos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kallos. Pokaż wszystkie posty

Kallos Milk

Hej!
Dziś wreszcie włosowo! Coraz mniej u mnie postów o maskach bo coram mniej ich testuje, częściej sięgam po sprawdzone i znane już mi produkty. Od kiedy moje włosy pokochały Kallosa cherry bez przerwy go używam, wszystko inne poszło w cień... Jednak co jakiś czas konieczne jest użycie protein - moje włosy nie lubią ich za często - raz na tydzień jest najbardziej optymalnie. Do tego właśnie służy mi dzisiejszy bohater - Kallos Milk.


Kallos jak to Kallos zapakowany jest w duży, litrowy słój. Ten jest bielutki i śliczny! Odkręca się bez problemu, ale trzeba uważać by gdzieś nie zleciał bo plastik nie jest taki porządny jak kiedyś (przed zmianą opakowań na takie jak teraz).
Po odkręceniu do naszych nosów od razu dociera bardzo słodko - chemiczny zapach.. Jak dla mnie ta wersja pachnie dużo mocniej niż wersja latte. I niezbyt mi się to podoba, na szczęście jednak na moich włosach się nie utrzymuje.


Wiecie? Dla mnie ostatnio wszystkie Kallosy mają identyczną konsystencje, przynajmniej wszystkie te nowości, bo te starsze wersje jednak są bardziej zróżnicowane pod tym względem. Nie jest to oczywiście wadą bo konsystencja jest idealna - nie spływa z dłoni ani włosów, łatwo się rozprowadza, łatwo spłukuje.

Co do działania - wiecie już, że moje włosy lubią proteiny mleczne, a więc ta maska po prostu nie mogła mi nie podpasować. Działała tak jak oczekiwałam - włosy były miękkie, gładkie, nie puszyły się, a skręt był delikatnie podbity. Nie było jednak efektu wow, a więc nie sądzę bym do tej wersji wróciła. Poszukam jakiegoś naturalniejszego zamiennika ;).

Skład:
Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Citric Acid, Propylene Glycol, Hydrolyzed Milk Protein, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Parfum, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolino ne, Methylisothiazolinone.

Znacie?


Kallos cherry

Hej!
Dzisiaj będzie włosowo, a na dodatek o moim ulubieńcu najnowszym, czyli o Kallosie Cherry! Muszę przyznać, że to pierwszy Kallos, który tak dobrze sprawuje się bez żadnych dodatków, bez względu na to ile siedzi na głowie i z dodatkowo pięknym zapachem! Jestem w nim absolutnie zakochana :).
Tak bym w sumie mogła zakończyć tą recenzję, ale nie jestem taka, wiem, że muszę niedowiarkom i tym niezdecydowanym poopowiadać trochę więcej :).


Wiem, wiem, wiem, że to aż litrowy słój! Ale uwierzcie mi, MI to zupełnie nie przeszkadza a wręcz odwrotnie - cieszy! Moje włosy lubią jak nakładam dużo maski, mogę dać odlewki znajomym, stosując co drugi dzień mogę się cieszyć lubianą maską przez bardzo długi okres, ale u mnie to też nigdy nie jest jakiś szał ciał. Tak z reguły 3-4 miesiące mi schodzi by zużyć kallosa ;)

Poza tym uważam, że ten słój ma śliczny kolori świetnie się prezentuje w łazience ;) Taka mała dygresja ;).
Dodatkowo na prawdę ciężko nie ulec zapachowi tej wersji, jest owocowa, słodka, wiśniowa! Może to nie jest prawdziwa, naturalna wiśnia, ale i tak jest bardzo miła dla nosa i co ważne - nie nudzi się tak jak np kallos latte. Niestety na moich włosach zapach ten się nie utrzymuje, ale znam dziewczyny, które czują go jeszcze spokojnie na drugi, a nawet 3 dzień.. Jak ja im zazdroszcze!


Konsystencja jest typowo kallosowa - czyli nie za gęsta i nie za rzadka. Bez problemy wydobywa się ze słoja, rozsmarowuje na włosach a potem spłukuje. Nie ucieka z dłoni i nie przelewa się.

A na włos działa bosko! Kto chce zobaczyć efekt włosowy zapraszam TU.
Co mi daje używanie Cherry?
- włosy miękkie i błyszczące,
- wygładzenie,
- brak przyklapu, ale też brak piórkowania,
- brak podrażnień skóry głowy,
- podkreślony skręt.

Czego mogę chcieć więcej? A jeszcze ta cena! 11 zł za litr. Marzenie!

Znacie tą wersję?

Kallos omega

Hej! :)
Pora na przedstawienie przeze mnie kolejnego Kallosa :). Jak do tej pory zrecenzowałam ich sporą gromadkę, kto nie widział niech KLIKA. Jedne polubiłam bardziej, drugie mniej, jak było z dzisiejszym gagatkiem? Zapraszam do czytania!


Nikogo na pewno nie dziwi już wielkie, kallosowe opakowanie, tym razem w wersji pomarańczowej. Poręczne nie jest, ale nie nazwałabym go niewygodnym. Ładnie wygląda na wannie - dodaje koloru ;) Chociaż pomarańczowy to taki kolor, za którym najmniej przepadam, ale co tam!

Zacznę od tego co mnie w tej masce wkurza już na początku - zapach! Niesamowicie mnie męczy, jest jakiś taki mdły, mocny, brrr! Na dodatek długo zostaje na moich włosach, za to koleżanki zawsze komplementują ten zapach jak ode mnie wyczują, ach te nosy! ;)


Konsystencja jak widać również typowa - nie za gęsta, nie za rzadka. Ładnie się rozprowadza po włosach, nie ścieka, nie ucieka z dłoni, bezproblemowo się spłukuje.
Co ważne nie podrażnia skóry głowy, nie obciąża, nie przyśpiesza przetłuszczania.
 Jednak może przejdę już do działania na włosy na długości... Tutaj za pięknie nie jest... Maska ta moje włosy puszy i jednocześnie je usztywnia. Stają się bardzo dziwne w dotyku, nie chcą się układać. Próbowałam wielu kombinacji i w żadnej ta maska się u mnie nie spisuje dobrze..

 Jakieś plusy? Włosy nie reagują na zjawiska pogodowe xd czyli może być deszcz, mgła, mega wilgoć a one i tak pozostają w stanie jakim były, wprawdzie niezbyt pięknym, ale przynajmniej nie wyglądam jakby mnie piorun walnął..
I to by było niestety na tyle pozytywów. Szkoda, wielka szkoda, pokładałam w niej duże nadzieje...

Znacie tego kallosa? Jaki jest Waszym ulubionym?

Kallos blueberry

Hej!
Ale pogodowe szaleństwo za oknem! Człowiek nie wie jak ma się ubrać, z jednej strony grzeje słońce i jest wiosennie, a za moment ciemno, deszcze, śnieg, wiatr... Jak to znosicie? Ja najchętniej nie wychodziłabym z domu.

Ostatnimi czasy dotarło do mnie, że coraz mniej uwagi poświęcam swoim włosom. Myślę, że przyczyną tego zjawiska jest pogarszający się skręt. O ile jak włosy były krótsze i odpowiednio o nie zadbałam miałam cudne loki, tak teraz co najwyżej mogę zobaczyć względne fale. Smutne to... Nie wiem czy w związku z tym nie podetnę włosów na wiosnę, przemyślę to na pewno.

Jak już jesteśmy w temacie włosowym, to dziś przybywam do Was z kallosem blueberry, który towarzyszy mi od świąt Bożego Narodzenia. Postawiłam go w łazience i testuję od tamtego czasu na wszystkie możliwe sposoby. Zniknęło ponad pół, więc chyba pora na recenzję ;)


Kallos jak to kallos dostępny jest w litrowym słoju. Nie widziałam tych nowych wersji w mniejszej pojemności, kto widział niech raportuje :). Podoba mi się kolor opakowania, za to rozczarowuje zapach... Spodziewałam się jeżynki... A tu co? Coś kwiatowo-mydlanego? Tak mniej więcej określiłabym ten zapach. Niektórym się podoba i dostaję komplementy, że mi ładnie włosy pachną ;) Bo właśnie na moich włosach zapach się utrzymuje tak ok pół dnia (myje włosy rano).


Konsystencja też jest typowa dla kallosów - nie za gęsta, nie za rzadka. Ładnie się go rozprowadza, nie spływa z włosów, nie trzeba go też dużo by włosy szczelnie nim pokryć (chociaż ja ogólnie lubię dużo nakładać maski/odżywki na włosy).

Jak z działaniem?
Ta maska mnie zadziwia. Gdy nakładam ją na włosy uprzednio umyte szamponem jedyne co zyskuje to puch, no dobra i miękkość... Bez znaczenia jest wtedy jak długo ją na tych włosach trzymam.
Natomiast gdy myję nią włosy (w całości, łącznie ze skalpem, którego mi nie podrażnia) i nie użyję już nic po niej zyskuję: wygładzenie, miękkość, blask, brak plątania się włosów...
Nie wiem dlaczego moje włosy tak specyficznie na nią reagują, nie wnikam też w to zbytnio. Cieszę się efektem, włosy myję szamponem raz w tygodniu, przez resztę czasu zadowalam się tym kallosem i jest pięknie.


Miałyście z nim do czynienia?

Kallos algowy

Hej!
Zanudzę Was kallosami ;). Dopiero co opisywałam czekoladowy, a już przybywam z recenzją algowego. Związane jest to z tym, że tak na prawdę ostatnimi czasy moja pielęgnacja opierała się na kallosach. Mimo, że moje włosy wolą bogatszą pielęgnację jakoś nie miałam na nią czasu i szłam na łatwiznę - duży słój na wannę i przez długi, długo czas nie muszę się martwić, że odżywka mi się kończy ;).

Dzisiejszy gagatek najbardziej przyciągnął mnie kolorem swojego opakowania - jest śliczny! (sroka ja).
Ale też faktem, że w składzie faktycznie ma algi, a moje włosy do tej pory bardzo lubiły produkty z algami (bingo shea i 5 alg - kochany przez moje włosy, dodatek spiruliny do masek - ekstra nawilżenie).


Czy muszę opisywać opakowanie? ;) Myślę, ze sprawa jest prosta - litrowy słój, prosta grafika, całość bardzo 'kallosowa'.

Zapach? O dziwo przyjemny. Spodziewałam się bardziej mydlanego (tak jak przy bingo), ale dostałam świeżo - kwiatowy. Nie pogardziłabym za taki płyn do płukania ubrań ;)

Konsystencja? Jest trochę rzadszy od czekoladowego i bananowego. Ale nadal nie spływa z włosów i nie ucieka z dłoni. Dobrze się go rozprowadza...


To teraz najważniejsze - działanie!
Włosy dzięki niej są nawilżone i miękkie! Czyli moja teoria na temat tego, że moje włosy lubią algi jest potwierdzona! Maska ułatwia rozczesywanie, jednak nie wygładza włosów i nie wpływa na puszenie. Dla mnie idealnym rozwiązaniem jest w tym wypadku dodanie kropli oleju do maski i takiej mieszanki nałożenie na włosy. Zyskuje: nawilżenie, miękkość, wygładzenie i brak puchu. Nic tylko się cieszyć!

Skład:
Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Olea Europaea Oil, Parfum, Citric Acid, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Propylene Glycol, Fucus Vesiculosus Extract, Laminaria Digitata Extract, Spirulina Maxima Extract, Porphyra Umbilicalis Extract, Ascophyllum Nodosum Extract, Benzyl Alcohol, Methylchloroisoth Iazolinone, Methylisothiaz Olinone.


Poznałyście tą wersje?

Kallos czekoladowy

Witam poświątecznie! :)
Mam nadzieję, że jeszcze żyjecie i nie toczycie się zamiast chodzić ;))
Dziś by dać odpocząć żołądkom przedstawiam Wam łakoć w formie maski do włosów, a więc nie pójdzie w boczki!

Oto i bohater dzisiejszego posta:


Litrowe opakowanie jest bardzo charakterystyczne dla marki, chociaż tutaj zakrętka/wieczko różni się delikatnie. Jak zwykle etykiety nie przytłaczają są proste i powiedzmy sobie po prostu: że są ;). Niezbyt zwracają uwagę na siebie. Jako, że kallos zawsze w jakimś stopniu nawiązuje kolorem do zapachu, czy też nazwy maski w tym wypadku również tak jest opakowanie jest biało - brązowe.

Maska plusuje już po otwarciu, bo otacza nas czekoladowy zapach. Nie jest on może całkowicie naturalny, ale nie jest też przytłaczający i całkowicie sztuczny. Niewątpliwie umila czas spędzony z maską na głowie. Na dodatek jako jeden z niewielu pozostaje delikatnie na moich włosach.


Maska nie jest bardzo gęsta, przypomina mi znanego i lubianego przez wielu kallosa latte. Bez problemu rozprowadza się ją na włosach i również bez problemu się ją spłukuje.
Maska nie obciąża moich włosów, jednak należy wziąć pod uwagę, że moje włosy ciężko obciążyć. Jeśli ktoś unika silikonów niech nie sięga po tą maskę bo ta je posiada.

Maska ta bez względu na czas w jakim przebywała na mojej głowie działała zawsze tak samo (jednak pogoda już jak zwykle miała wpływ na efekt końcowy - grzanie w zimie jest złe bo puch przy głowie (młodzież się buntuje) u mnie się pojawia nie ważne co robię).
Maska wygładza delikatnie moje włosy, ułatwia rozczesywanie, niweluje elektryzowanie się i powoduje, że włosy niesamowicie błyszczą i sa miękkie w dotyku.

Skład:
Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Propylene Glycol, Hydrogenated Polysobutebne, Parfum, Cyclopentasiloxane, Dimethiconli, Panthenol, Theobroma Cacao Extract, Hydrolyzed Ceratin, Hydrolyzed Milk Protein, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Metchylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone.

Maskę można kupić za ok 12 zł w Hebe.
Znacie ją? Lubicie? Ja muszę przyznać, ze mi się spodobała :)

Kallos bananowy

Hej!
Dzisiaj będzie włosowo! :)
W wakacje kupiłam dwa nowe kallosy: bananowy i algowy. Na pierwszy ogień poszedł bananowy i juz przy pierwszym użyciu skradł moje serce. Jesteście ciekawe czym? :)

Oto on:

Wielki, litrowy słój o żółtej barwie. Bardzo prosta grafika, nic specjalnego.
Zapłaciłam za niego ok 7 zł - jest moc :)).


Po odkręceniu nakrętki od razu czujemy ten zapach - cukierki bananowe, takie dropsiki. Słodki, ale nie duszący, dla mnie bardzo przyjemny. Nie utrzymuje się jednak na włosach, gdy tylko całkiem włosy wyschną - zapach znika. Szkoda :(.

Maska ma bardzo fajną konsystencję - nie za gęstą, dzięki czemu idealnie rozprowadza się na włosach i nie za rzadką, dzięki czemu nie przecieka między palcami.
Co daje nam ta maska? Otóż nie ważne czy zostawiałam ją na krócej czy na dłużej zyskiwałam piękne, lśniące i wygładzone włosy. Z włosów robiły się takie falo - pukle. Efekt niesamowity. Włosy zyskiwały na objętości i były mięciutkie. Nie mogłam przestać ich dotykać!
Minus? Stosowana zbyt blisko skalpu przyspiesza przetłuszczanie, za to nie podrażnia i nie powoduje łupieżu.


Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Olea Europaea Oil, Parfum, Citric Acid, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Propylene Glycol, Musa Sapientium Fruit Extract, Niacinamide, Calcium Pantothenate, Sodium Acsorbyl Phosphate, Tocopheryl Acetate, Pyridoxine HCI, Maltrodextrin Sodium Starch, Octenylsuccinate Silica, Benzyl Alcohol, Methylchloroisoth Iazolinone, Methylisothiaz Olinone.


Miałyście ją może? Jak się u Was spisuje?

Kallos Vanilla

Dzisiaj pora na kallosa! ;)
Jego nazwa brzmi słodko, jednak niech was to nie zwiedzie, niezły z niego cwaniaczek.

Oto on w pełnej krasie:

Pękaty, plastikowy, przezroczysty słoiczek, który jednak sprawia trochę trudności gdy chce się wyciągnąć resztki maski.
Papierowa etykieta w koło nie zmywa się, nie ściera, zostaje na miejscu - jednak muszę przyznać, nie powala wyglądem - ot taka sobie jest.

Inaczej sprawa się ma gdy zajrzymy do środka:

Wita nas perłowa masa, która cudnie wygląda jednak już nie tak cudnie pachnie... Konsystencja jest bardzo przyjemna, nie za rzadka i nie za gęsta, nie ucieka z dłoni i nie spływa z włosów. Łatwo też się rozprowadza.
Ale wracając do zapachu... z wanilią to on nic nie ma wspólnego, dla mnie jest sztuczny, niby słodki, ale coś z nim jest nie tak. Niby jakoś bardzo nie drażni, ale sprawia, ze z niechęcią sięgam po tą maskę.

Skład:

W sumie nic ciekawego ;) Ale to cecha charakterystyczna kallosów, składy jakoś nie zachwycają a działanie jest ;)

Apropo działania...  Chyba po kallosie latte i kallosie z olejem lnianym spodziewałam się czegoś więcej. Maska w prawdzie pomaga w rozczesywaniu włosów i włosy są po niej miękkie, ale brakuje im wygładzenia. Nie lśnią tak jak powinny (a jest to maska nabłyszczająca wg producenta). Włosy są ładne, ale brakuje im 'tego czegoś'.
Maska jednak nie obciąża włosów, działa tak samo bez względu na to ile ją trzymamy.
Nie podrażniła tez mojej skóry głowy mimo że zdarzyło mi się nakładać bardzo blisko niej.

A teraz zdjęcie, oto moje włosy po tej masce:
widać jakie są 'nieogarnięte'...


Miałyście tą maske? Co o niej myślicie?

Pozdrawiam
Żan

Denko MAJ

W tym miesiącu przeszłam samą siebie, same zobaczcie:




A teraz po kolei ;)

Włosy:
1. Kallos Latte (połowę oddałam w wymianach ;)) - pisałam o nim TUTAJ
2. Bingo z masełm shea - to już kolejne opakowanie, maska ta gwarantuje mi zawsze GHD - TU recenzja
3. Joanna Naturia z zieloną herbatą - bardzo lubię tą b/s, ładnie ujarzmia włoski, teraz zakupię inną i zrobię porównanie niedługo :)
4. Fruity passion - uwielbiam jej zapach - tutaj możecie poczytać w jakiej wersji najbardziej mi się spodobała :)
5. Barwa, szampon brzozowy - dobry, tani rypacz, zastąpił mi barwę tatarowo-chmielową i spisywał się tak samo dobrze
6. pianka Isana Locken - szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś więcej skoro jest tak chwalona, u mnie lepiej spisywała się Nivea i u mojej mamy też...
7. Żel Artiste - tani, dobry, niezbyt mocny, podoba mi się jego skład (pantenol i ekstrakt z aloesu na początku składu) zastąpi go jego pomarańczowy brat (myślę że pokuszę się na recenzję porównującą :))
8. Lotion z Got2be o którym mogliście przeczytać w TYM poście
9. próbka olejku odżywczego Babuszki Agafii  od wizażanki, dostałam pół opakowanka z zsk a starczyło mi to na kilka miesięcy - 3 razy użyłam do olejowania całych włosów a później do zabezpieczania - spisywał się super

ciało/włosy:
1. Isana kakaowa - mój ulubiony krem do kremowania włosów - po nim są niezwykle miękkie <3
2. Wycofany krem Bebeauty z masłęm shea i olejkiem kokosowym - stosowałam zarówno do rąk (tutaj wypadł słabo) do kremowania (cąłkiem niezłe efekty pod warunkiem że dałam mgiełkę nawilżającą pod niego) i do ochrony końcówek - tutaj nie mam zastrzeżeń, super się spisywał

Ciało:
1. Luksja care pro restore - naprawdę fajny żel pod prysznic o kremowej konsystencji, nie zauważyłam po nim wysuszenia skóry, a wręcz przeciwnie, czułam jak by była nawilżona (chociaż skład nie powala)
zapach przyjemny, delikatny, taki trochę mydlano - kremowo - perfumowy ;)
nie sięgnę ponownie po niego bo wolę owocowe zapachy


Próbki/maseczki:
1. Maseczki z biedronki z zieloną glinką -  tutaj recenzja
2. Provag, żel do ochrony i pielęgnacji okolic intymnych - po tej próbce mam ochotę kupić pełnowymiarowe opakowanie, dawał mi poczucie komfortu
3.Vichy, punktowy preparat zwalczający miejscowe niedoskonałości - nie zdziałam nic zupełnie :/
4. ziaja, kuracja dermatologiczna AZS - miałam straszny wysyp po tym kremie :/
5. Pharmaceris, lekki krem głęboko nawilżający - jestem zachwycona! już podczas nakładania go miałam wrażenie że jakąś mięciutką tkaniną przejeżdżam sobie po twarzy... wchłaniał się szybko, skóra była super nawilżona ale nie świecąca! kupię pełnowymiarowe opakowanie chętnie
6. BioNike, żadna z próbek nie zrobiła u mnie nic...

Kallos Latte

Myślę, że już wystarczająco długo guzdrałam się z tą recenzją ;)

Oto i on:


Cena: od 9 zł za litr
Co pisze producent:
Dzięki proteinom pozyskanym z mleka, krem wspaniale nadaje się do każdego rodzaju włosów, pozostawiając je delikatne i odżywione. Doskonały dla zregenerowania włosów osłabionych przez rozjaśnianie, farbowanie oraz trwałą ondulację. Zastosowanie: nałożyć krem na umyte włosy i pozostawić przez chwilkę dla uzyskania lepszego efektu. Spłukać obficie wodą i nadać włosom pożądany kształt.

Skład:
Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Dipalmytoylethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate, Parfum, Benzyl Alcohol, Citric Acid, PEG- 5 Cocomonium Methosulfate, Methylisothiazolinone, Hydrolized Milk Protein, Hydroxypropyltrimonium Hydrolized Casein, Sodium Cocoyl Glutamate, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride

Moje sposoby:
ogólnie jak same widzicie skład tej maski nie jest powalający, jest to bardziej lekka odżywka :)
jednak potrafi zrobić naprawdę dużo, ale wizaż zna takich cudów już dużo :).
Jest wydanie w którym lubię ją najbardziej: Kallos + masło Isana kakaowe , to niesamowite co wtedy dzieje się z moimi włosami, są cudownie miękkie i nabierają skrętu.
Fajne jest również połączenie kallos + miód + kakao, włosy również są miękkie, poza tym ten zapach! <3
Gdy stosuję samego kallosa włosy są bardzo wygładzone, mniej niż po Granierze AiK ale jedak efekt przyjemny :).
Lubię go też mieszać z bingo z shea i maską romantic anti-age.

A Wy macie na niego jakiś sposób?

bzdety Żanety - czyli ile już naskładowałam

Strasznie podobają mi się takie zbiorcze zestawienia kosmetyków, więc sama postanowiłam takie zrobić :).
Oto i one

Szampony:

1. BingoSpa, szampon jajeczny z kolagenem - recenzja
2. Alterra perfumei
3. Barwa, tatarowo-chmielowa


Odżywki d/s:

1. Alterra, Granat i aloes
2. Garnier, Awokado i karite

Odzywki b/s:

1. kremik z biedronki
2. Joanna, Naturia, pokrzywa i zielona herbata
3. Joanna, Z apteczki babuni, Balsam do włosów nawilżająco-regenerujący
4. spray Gliss Kur

Maski:

1. Romantic professional, Anti-Age
2. Kallos Latte
3. BingoSpa, Shea i 5 alg

Oleje:
1. Amla
2. Olejek rycynowy
3. Green pharmacy, Olejek łopianowy z czerwoną papryką
4. Green pharmacy, Olejek łopianowy z rozmarynem
5. Hipp, oliwka 
6. Olej lniany
7. Alterra, Migdał i papaja
8. wprawdzie kremik ale używany jak olej: Isana, Kakaowe masło do ciała

Inne:


Pierwszy raz z półproduktami

Oczywiście nie wytrzymałam i już dziś użyłam półproduktów i to dwa razy ;). Wiem że to nie najlepiej bo jak coś zadziała, źle lub dobrze, nie będę wiedziała czemu mam to zawdzięczać.
A więc tak, na pierwszy ogień wykorzystałam aloes, pantenol, mleczko pszczele które zmieszałam z wodą i odżywką joanna naturia z pokrzywą do zrobienia psiukacza pod olej.
Spryskałam włosy, poczekałam aż trochę przeschną i nałożyłam olej lniany.
Pochodziłam tak od godziny 9 a teraz nałożyłam mieszankę bingo z shea + kallos latte + łyżeczka all in on, zawinęłam w folię i czekam na efekty. Mam nadzieję, że nie będę płakać i że wszystko mi wyszło :).