Kallos omega

Hej! :)
Pora na przedstawienie przeze mnie kolejnego Kallosa :). Jak do tej pory zrecenzowałam ich sporą gromadkę, kto nie widział niech KLIKA. Jedne polubiłam bardziej, drugie mniej, jak było z dzisiejszym gagatkiem? Zapraszam do czytania!


Nikogo na pewno nie dziwi już wielkie, kallosowe opakowanie, tym razem w wersji pomarańczowej. Poręczne nie jest, ale nie nazwałabym go niewygodnym. Ładnie wygląda na wannie - dodaje koloru ;) Chociaż pomarańczowy to taki kolor, za którym najmniej przepadam, ale co tam!

Zacznę od tego co mnie w tej masce wkurza już na początku - zapach! Niesamowicie mnie męczy, jest jakiś taki mdły, mocny, brrr! Na dodatek długo zostaje na moich włosach, za to koleżanki zawsze komplementują ten zapach jak ode mnie wyczują, ach te nosy! ;)


Konsystencja jak widać również typowa - nie za gęsta, nie za rzadka. Ładnie się rozprowadza po włosach, nie ścieka, nie ucieka z dłoni, bezproblemowo się spłukuje.
Co ważne nie podrażnia skóry głowy, nie obciąża, nie przyśpiesza przetłuszczania.
 Jednak może przejdę już do działania na włosy na długości... Tutaj za pięknie nie jest... Maska ta moje włosy puszy i jednocześnie je usztywnia. Stają się bardzo dziwne w dotyku, nie chcą się układać. Próbowałam wielu kombinacji i w żadnej ta maska się u mnie nie spisuje dobrze..

 Jakieś plusy? Włosy nie reagują na zjawiska pogodowe xd czyli może być deszcz, mgła, mega wilgoć a one i tak pozostają w stanie jakim były, wprawdzie niezbyt pięknym, ale przynajmniej nie wyglądam jakby mnie piorun walnął..
I to by było niestety na tyle pozytywów. Szkoda, wielka szkoda, pokładałam w niej duże nadzieje...

Znacie tego kallosa? Jaki jest Waszym ulubionym?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Jestem wdzięczna za każdy pozostawiony komentarz, mam nadzieję, że miło spędziłeś czas czytając mojego bloga :)