Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demakijaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demakijaż. Pokaż wszystkie posty

Azjatycki rytuał po polsku

Są kosmetyki, do których recenzji ciężko mi się zabrać, mimo że ich używanie jest przyjemnością. Azjatycki duet od Orientany mam w posiadaniu od dawna, jednak do tej pory nie doczekał się choćby pary słów na swój temat. To skandal ;) Dziś postanowiłam to zmienić!


Tego się nie spodziewałam

Ostatnio prześladuje mnie jakiś demakijażowy pech. Na co się nie zdecyduję okazuje się nie najlepszym dla mnie wyborem. Nic mnie w związku z tym tak nie ucieszyło jak paczka od Orientany, którą pokazałam Wam już na instagramie. Może ona zakończy moją złą passę w tym temacie? Wracając jednak do moich rozterek - nie tak dawno temu pokazałam Wam swoje zakupy. Między różnego rodzaju produktami, które zresztą na razie świetnie się spisują, schował się żurawinowy płyn micelarny od Go Cranberry. Nie myślałam, że mogę go tak nie polubić...


Kwiat lotosu - piękna, błękitna kostka

Ostatnio bardzo polubiłam oczyszczanie twarzy mydełkami. Może to dzięki cudownej delikatnej melisowej kostce, a może przez galaretkę, która nie potrafi zmyć makijażu... W każdym razie po wykończeniu melisowego mydełko nie zakupiłam żelu tylko zaczęłam używać mydła marsylskiego w tym celu. Mój wybór okazał się strzałem w dziesiątkę!


Po pierwsze co mnie zachęciło do tego mydełka to jego cudowna, błękitna barwa. W mojej łazience wszystkie dodatki są w tym kolorze (ręczniki, dywaniki itd.) A ponieważ ostatnia błękitna mydelniczka się stłukła i zastąpiła ją taka w odcieniach beżu (bo pasuje do płytek), to ta kostka idealnie wpasowała się dekoracyjnie.

Do tego mydło to ma bardzo przyjemny, delikatny, kwiatowy zapach. Uprzyjemnia mycie i szybko odchodzi w niepamięć nie pozostawiając po sobie śladu. Przy myciu twarzy to pozytywna cecha - dzięki niej nos się nie męczy i nie jest drażniony.


Oprócz tego mydło ma przyjemną pianę - kremową, nie za gęstą, nie za rzadką. Nie migruje do nosa czy oczu. Za to świetnie oczyszcza całą twarz nie powodując podrażnień i nie wysuszając skóry. Cera jest bardzo dobrze oczyszczona - z makijażu też (pamiętajcie jednak, że ja maluję się bardzo delikatnie).

Dodatkowo mydło jest bardzo wydajne i nie mięknie. Nie ślimaczy się też, tylko zmniejsza swoją objętość.

Skład:
sodium palmate, sodium palm kernelate, aqua, parfum, butyrospermum parkii, glycerin, sodium chloride, tetrasodium EDTA, tetrasodium editronate, hexyl cinnamal, citronellol, limonene, hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde, alpha-isomethyl-ionone, linalool, butylphenyl methylpropional, CI 74160, CI 77891


Chcecie więcej plusów?
Mydło o wadze 125g kosztuje niecałe 8 zł! (moje pochodzi z tego sklepu - KLIK)

Znacie mydła marsylskie?

Tonik od Iva Natura, czyli idealne zakończenie demakijażu

Chcę Wam tyle opowiedzieć o kosmetykach, które aktualnie używam i zupełnie mi to nie idzie ;) Siadam co chwilę by napisać recenzję i jak mi się uda napisać jedno zdanie to sukces - też tak czasem macie? Czas gdzieś pędzi, ja załatwiam masę spraw i chwile upływają nie wiadomo gdzie. Dziś jednak wzięłam się w garść! Dzisiejszy kosmetyk zasługuje na to by go w końcu przedstawić. Tonik od Iva Natura zakupiłam na Ekocudach (których szykuje się druga edycja! Dokładnie 22-23 kwietnia w Warszawie).


Tonik ten znajduje się w butelce ze świetnym atomizerem, który się nie zacina i daje idealną mgiełkę! Ostatnimi czasy trafiałam bardziej na takie z mocnym strumieniem - a tu taka miła niespodzianka. Atomizer chodzi lekko, wystarczy lekko przycisnąć i możemy się cieszyć przyjemnym odświeżeniem. Dzięki tej cudownej mgiełce tonik ten możemy wykorzystać na szereg różnych sposobów, o których Wam zaraz opowiem!

Zacznę od standardowego użycia po demakijażu. Makijaż zmywam olejkami, potem myję twarz mydłem i przywracam prawidłowe pH skóry używając tego toniku. Dzięki niemu moja skóra nie jest nieprzyjemnie ściągnięta i mam pewność, że wszystkie zabrudzenia zostały usunięte. Spryskuję nim twarz a następnie przecieram twarz wacikiem - wygodnie i dzięki temu tonik jest też niesamowicie wydajny! (niektórzy wolą pryskać na wacik, ale jak dla mnie za dużo z tym zabawy...)

Oprócz tego tonik ten stosuję przy maseczkach z glinki - dzięki temu nie wysychają na twarzy. Poza tym lubię jego delikatny zapach (lekko różany, troszkę ziołowy).

Tonik ten jest też świetnym rozwiązaniem dla tych, którzy nie przepadają za pudrowym wykończeniem przy kosmetykach mineralnych. Ta mgiełka sprawia, że cała ta pudrowość znika a makijaż pozostaje bez zmian na swoim miejscu.

Uwielbiam go też używać z rana by oczyścić twarz po nocy i się obudzić. Używanie go to prawdziwa przyjemność i cieszy mnie niesamowita wydajność! Używam go parę razy dziennie codziennie od prawie dwóch miesięcy (brakuje kilku dni) i nie dotarłam jeszcze do połowy! A buteleczka ma pojemność tylko 150 ml.


Chcę Wam jeszcze przedstawić słowa producenta, ponieważ tonik ten ma bardzo prosty a jednocześnie bardzo ciekawy skład! Dba pięknie o moją cerę, a wszystko to dzięki ciekawym połączeniom.

Organiczny tonik do twarzy stworzony na bazie wody mineralnej pozyskiwanej ze źródeł jeziora Van, które jest największym na świecie jeziorem alkalicznym. Woda z jeziora Van jest bogata w minerały. Tonik dogłębnie oczyszcza i odżywia skórę.

Lake Van Water (Aqua Mineralis) – alkaiczna woda z jeziora Van, woda zasadowa o wysokim pH (9,8), bogata w składniki mineralne odżywia, ujędrnia i nawilża skórę

Thymus vulgaris - tymianek - działa odkażająco, przeciwzapalnie i oczyszczająco na skórę, dlatego jest składnikiem wielu kosmetyków przeznaczonych do pielęgnacji cery tłustej i trądzikowej.

Rosa damascena Flower Distillate - wodny roztwór z destylacji kwiatów róży damasceńskiej, wykazuje działanie przeciwzapalne, wygładza, matuje
 
Myrtus communis - mirt zwyczajny - zalecany jest dla skóry zanieczyszczonej, skłonnej do wyprysków, działa odświeżająco i odkażająco, usuwa wysypki i trądzik

 
Skład: Lake Van Water (Aqua Mineralis) (AMW), Rosa damascena (Rose) Flower Distillate*, Benzyl Alcohol (And) Dehydroacetic Acid**, Myrtus communis*, Thymus vulgaris*


Widzicie to? Jest bardzo prosto, ale skutecznie! Moja sucha skóra nie protestuje (a wiecie, jak potrafi być wymagająca!) a nawet jest zadowolona. Mam z tym tonikiem wszystko czego potrzebuję. Ciężko będzie go przebić :).

Kupić go można TUTAJ za 37 zł (obecnie w promocji).

Znacie produkty Iva Natura? Ja jak na razie poznałam trzy i mam ochotę na więcej!

Galaretka do demakijażu

Hej Kochani! 
Powinnam dla odmiany pokazać Wam produkt, który mi podpasował... Jednak chwilowo takiego nie mam, albo za krótko go używam by móc Wam go przedstawić. Więc dzisiejszy post będzie następnym ostrzeżeniem. A szkoda, bo wiązałam z tym produktem dość spore nadzieje... Pewnie część z Was pamięta, że tą galaretkę przywiozłam z targów Ekocuda. Przyznaje się - skusiła mnie ta nazwa i skład. Jednak okazało się, że gorszego produktu do demakijażu nie miałam.






Proste opakowanie w neutralnych barwach (ostatnio trwa taka moda, że jak coś jest naturalne to najlepiej nie dawać mu za dużo koloru...). Tubka jest dobrym wyjściem bo łatwo można wydobyć z niej ten produkt, chociaż nie wiem jak by było pod koniec używania - ja tego nie sprawdzę bo już mam serdecznie dość zabawy z tym kosmetykiem.

Konsystencja to faktycznie coś ala galaretka/ gęsty żel. Ciężko się to rozprowadza zarówno na sucho jak i mokro. Na sucho jest dość tępe a na mokro znowu za śliskie się staje i nagle mam między palcami całą masę i troszkę emulsji na twarzy. Wspominam o emulsji bo ona się tworzy po zmieszaniu galaretki z wodą.


Próbowałam się nią bawić na różne sposoby i chyba jestem za głupia na ten produkt... Czy próbowałam palcami, czy płatkiem kosmetycznym efekt była ten sam - makijaż rozmazany a nie zmyty. Kombinacji było wiele a demakijaż i tak nie dochodził do skutku. No i do tego ten sztuczny zapach! Po co? :(
Na prawdę mogli sobie darować ten parfum - jest mdło i już po drugim razie miałam go serdecznie dość...


Jak ja mam to podsumować? Produkt ten nie spełnia swojej funkcji, ma zapach, którego nie jestem w stanie znieść i wydałam na niego 25 zł jeśli dobrze pamiętam. Z demakijażem o wiele lepiej radzi sobie czysty olej kokosowy niż ta galaretka. 
Mam w związku z tym jedno noworoczne postanowienie - nie skuszą mnie więcej udziwnione nazwy!

Iva Natura - piankowy demakijaż

Hej!
Niedawno opisywałam Wam żel marki Iva Natura, który ja wolę wykorzystywać do innych celów - no cóż do ciała to u mnie mydełka rządzą ;). Kto nie w temacie zapraszam TUTAJ.
Dziś chcę Wam opisać kolejny produkt tej firmy i myślę, że nie ostatni, bo zrobiła na mnie na prawdę dobre wrażenie!


Organiczna certyfikowana pianka do mycia twarzy z esencji kwiatów lukrecji uprawianych na żyznych równinach środkowej Anatolii, w Konyi. Lukrecja z Konyi zbierana na równinach prowincji Konya z dala od ludzkich osad oraz ośrodków przemysłowych jest bogata w kwas glicyretynowy i flawonoidy. Lukrecja hamuje powstawanie melaniny, co zapobiega tworzeniu się przebarwień.


Pianka jak widzicie znajduje się w prostym opakowaniu. Pompka robiąca piankę działa bez zarzutu - nie zacina się, daje sporo piany, woda nigdzie nie cieknie, pompka nie 'strzela', tylko ładnie dozuje produkt. 
Grafika tak samo jak przy żelu pod prysznic bardzo prosta. Mi ogólnie odpowiada :)

Zapach jest ziołowy i bardzo subtelny, szybko się ulatnia. Większość osób, które ostatnio były zniechęcone zapachem lawendy pewnie ucieszy ta wiadomość. Sama produkt ma fajną konsystencje - jest to lekka pianka, która bardzo długo utrzymuje się w takiej postaci. To dla mnie nowość. Z reguły tego typu kosmetyki bardzo szybko traciły konsystencje stając się po prostu płynem, tu tego nie ma.




Jednak najważniejsze jest działanie! A ono znowu pozytywnie zaskakuje. Pianka z łatwością domywa cały makijaż zostawiając cerę dogłębnie oczyszczoną. Bez podrażnień! Wystarczy chwila masażu ta pianką (co jest bardzo przyjemne) i nawet maskara ulega jej sile. Producent wprawdzie ostrzega przed kontaktem z oczami, jednak po wymianie maili okazało się, że jest to po prostu jedno z tych ostrzeżeń, które muszą być zawarte na opakowaniu. W końcu każdy produkt może podrażnić - nawet te skierowane specjalnie w te okolicę (kogo z Was nigdy nie podrażnił płyn micelarny/nigdy nie łzawiły oczy po demakijażu?).
Moje oczy nie są specjalnie delikatne, jednak mojej mamy już tak. Obyło się bez podrażnień, bez dyskomfortu, bez wysuszenia oczu. Cała cera była za to oczyszczona (i to już po pierwszym myciu). 

Dodatkowo pianka nie wysuszyła mojej skóry, za co bardzo się z nią polubiłam. Stosuję ją też do porannego odświeżania i oczyszczania - tutaj również bardzo dobrze się spisuje. Brak pojawiających się niespodzianek jest chyba najlepszym na to dowodem. Oczyszcza skutecznie a jednocześnie jest bardzo delikatna. Zwolennicy szybkiego mycia twarzy będą zachwyceni - nie potrzebny olejek/dwufazówka/micel/mleczko po którym następnie trzeba poprawiać jeszcze żelem lub mydłem - tutaj całą robotę robi jeden produkt.






Skład: Aqua, Rosa damascena (Rose) Flower Distillate*, Cocamidopropyl Betaine**, Citric Acid**, Benzyl Alcohol (And) Dehydroacetic Acid**, Glycyrrhiza iconica (Licorice) Extract (AP), Saponaria officinalis (AP), Aesculus hippocastanum Extract (AP), Sodium Benzoate**, Myrtus communis*, Thymus vulgaris*

*Organic Certificated **Approved For Organic Cosmetic AP:Anatolian Plant

Koszt tej pianki do 39 zł na stronie producenta - KLIK.
Niestety nie mogę ocenić na jak długo mi jej starczy, jednak tak po wadze myślę że spokojnie na jeszcze miesiąc. Więc minimum 2 miesiące codziennego (rano i wieczorem) używania. Wydaje się w porządku, nie?

Oczyszczanie twarzy z Douces Angevines

Hej!
Mało mnie, wiem... Ale nic nie poradzę. to nie jest tak, ze mi się nie chce czy coś. Po prostu nałożyło się w ostatnim czasie wiele spraw, a że dodatkowo moja pielęgnacja stała się bardzo minimalistyczna to i pisać nie mam za wiele o czym ;) Mam parę postów poza kosmetycznych pozaczynanych, ale brakuje mi czasu by je dokończyć, dorobić do nich zdjęcia... I tak jakoś czas ucieka, a magisterka sama się napisać nie chce niestety.

Żeby przybliżyć Wam moją obecną pielęgnację twarzy muszę Wam przedstawić duet marki Douces Angevines, który obecnie króluje w mojej łazience. Wygrałam go w konkursie u Anulki (:***) i używałam namiętnie od jakiegoś czasu, jeśli jesteście ciekawe moich wrażeń zapraszam do czytania!


Chcę Wam najpierw przytoczyć co o tych produktach mówi producent. DA jest marką, której opisy uwielbiam czytać! Ich kompozycje składników, filozofia i cała otoczka to po prostu bajka! Zresztą, co ja Wam będę gadać, same zobaczcie:

Zestaw do oczyszczania twarzy zawierający fluid do demakijażu Fantomette otaz tonik Virginale.
Fluid Fantomette jest maceratem z dziurawca, który łagodnie i skutecznie oczyszcza, usuwając wszystkie zanieczyszczenia i pozostałości makijażu. Fluid jest delikatny dla skóry i pozwala zachować jej naturalną równowagę. Pozostawia uczucie świeżości i dobrego samopoczucia.
Virginale to prawdziwy tonik z wody kwiatowej destylowanej parą wodną. Jest orzeźwiający jak poranna rosa na Twojej twarzy. Użyty po płynie do demakijażu Fantomette działa jako doskonała baza dla porannych i wieczornych zabiegów pielęgnacyjnych skóry. Stosowany jako kompres, jest niezwykle odświeżający na zmęczone oczy.

FANTOMETTE
INCI: SESAMUM INDICUM*, HELIANTHUS ANNUUS*, RICINUS COMMUNIS*, OLEA EUROPAEA*, HYPERICUM PERFORATUM, LAVANDULA BURNATI*, CANANGA ODORATA*,PARFUM* (essential oils fragrance), linalol, eugenol, benzyl benzoate, limonene (naturaly contained in essential oils).
VIRGINALE
INCI: CITRUS AURANTIUM*, ROSA DAMASCENA*, CHAMAEMELUM NOBILE*, LAVANDULA ANGUSTIFOLIA*, ETHANOL*, STYRAX BENZOÉ*, RIBES NIGRUM*, PARFUM* (ESSENTIAL OILS FRAGRANCE).


Oba produkty znajdują się w szklanych buteleczkach o pojemności 50 ml (była to oferta limitowana, w tej chwili można każdy z tych produktów zakupić oddzielnie w większej pojemności). Tonik ma atomizer, który niestety okazał się trochę słaby - zamiast mgiełki daje mocny strumień, a więc zamiast rozpylania na twarzy muszę spryskiwać nim wacik i dopiero wtedy przecierać nim twarz. Natomiast atomizer do fluidu oczyszczającego jest nieco wypukły, świetnie się go używa, nie zacina się, a olejek wypływa do przodu, nie cieknie po bokach, nie otłuszcza wszystkiego.

Jak widać ze zdjęć etykiety są bardzo proste. Ta marka czaruje swoją prostotą i klasą. Ich produkty zachwycają nie opakowaniami lecz działaniem i zapachami.

Fluid pachnie niesamowicie. Ziołowo, ale jednocześnie jakby korzennie. Jest mocny, ale nie duszący, człowiek się od niego uzależnia, kojarzy się z czasem dla siebie, relaksem, spokojem... Tonik za to to mocny, kwiatowy zapach, odświeżający i pobudzający.


Fluid Fantomette to produkt, który świetnie oczyszcza twarz ze wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń. Wystarczy parę naciśnięć pompki na wilgotny wacik a cały makijaż znika po chwili. Do tego jest szalenie wydajny, nie podrażnia, nie rozmazuje, nie robi mgły... Ideał! Skóra po nim jest oczyszczona, ale miękka i nawilżona.

Korzyści stosowania fluidu:
Macerat z dziurawca oczyszcza i koi podrażnienia skóry.
Olej rycynowy wzmacnia i uelastycznia brwi i rzęsy.
Lawenda oczyszcza i rozjaśnia cerę.

I zgadzam się ze wszystkim co pisze producent.

A jak z tonikiem? Czy on również mnie zachwycił?
Tonik Virginale to chyba najlepszy tonik jaki miałam do tej pory. Idealnie odświeża, świetnie oczyszcza,  pobudza z rana, koi podrażnienia, jest świetną bazą pod dalszą pielęgnację. Robi wszystko to co powinien robić tonik a nawet więcej. Stosowany jako kompres na zmęczone oczy pomaga poradzić sobie z takim problemem. Już mi się kończy i widzę, że dzięki niemu skóra jest bardziej rozjaśniona i odżywiona. No cudeńko!


Jestem pod ogromnym wrażeniem kosmetyków od DA... Przy każdym zamówieniu dostajemy dodatkowo próbki innych ich produktów co jest świetnym rozwiązaniem. Dzięki temu sprawdziłam już trochę fluidów tej marki i muszę Wam powiedzieć, że wszystkie mnie zachwycają!
W swoich zbiorach mam jeszcze 2 próbeczki (jedna do ciała, druga do twarzy) i dezodorant i wiem, ze na tym się nie skończy, bo mimo wysokiej ceny te kosmetyki są po prostu tego warte.

Znacie tą markę?

Olej z uczepu trólistkowego

Hej Kochani!
Pora na przedstawienie produktu, który towarzyszył mi przez całe wakacje! Otrzymałam go na spotkaniu blogerek, które organizowałam od firmy Nami. I niesamowicie mnie to cieszy, bo inaczej pewnie minęłyby wieki zanim bym go odnalazła. Nie wiem jak Wy, ale ja nigdy wcześniej o nim nie słyszałam, a zatem nie marzył mi się - wszystkie te pestkowe (maliny, truskawki, śliwki...) chodziły mi po głowie, bo ciągle znajdywałam o nich jakieś informacje... Ten bidulek pozostawał w tyle... Aż do dziś! Bo teraz po tych 3 miesiącach testów wiem, że to jeden z moich ulubionych olei!


Uczep trójlistkowy jest rośliną bardzo popularną w naszej strefie klimatycznej, zwłaszcza w miejscach bardzo wilgotnych - na bagnach, przy jeziorach. Na pewno nie jest uznawany za ozdobę, ani jego kwiaty, ani on sam nie prezentuje się najpiękniej, poza tym posiada denerwująca dla ludzi łatwość rozsiewania się (czytaj: przyczepia się do ubrań i sierści tak mocno, ze ciężko go usunąć).
Jednak nie jest rośliną, którą można by skreślić z tego powodu!
Uczep trójlistkowy od dawna stosowany w medycynie ludowej jako roślina łagodząca najprzeróżniejsze schorzenia skóry. Wywar z rośliny dodawany był do kąpieli aby złagodzić odparzenia i uczulenia. Surowcem są górne części pędów, które zawierają flawonoidy, kumaryny, garbniki, olej eteryczny, karotenoidy, polisacharydy , kwasy organiczne, sole mineralne oraz witaminę C.

Taki niepozorny!
Olej z uczepu zalecany jest dla cery suchej, ściągniętej, z tendencją do występowania trądziku, podrażnień, zaczerwienień. Polecany jest do pielęgnacji skóry po opalaniu, do łojotokowego zapalenia skóry głowy, do demakijażu twarzy i rzęs.



Olej znajduje się w białej, odkręcanej buteleczce. Można go kupić w wersji 100 lub 150 ml.
Niestety nie jest możliwe obserwowanie jego zużycia, a zakręcanie z tłustymi rękami potrafi sprawiać pewne trudności. Tak samo nalepki też nieestetycznie odstają od buteleczki, która sama w sobie jest bardzo zgrabniutka i wygodnie leży w dłoni.

Jednak to małe wady w porównaniu z pozostałymi zaletami.
Olej ten ma lekką, przyjemną konsystencję o złotym zabarwieniu. Pachnie słodko, ziołowo - przypomina mi zapach syropu z dzieciństwa :) Bardzo lubię ten aromat i zawsze żałuję, że tak szybko znika ze skóry.
Olej dzięki swojej lekkości bardzo ładnie się wchłania, nie pozostawiając po sobie żadnej warstwy tylko cudowną miękkość (tutaj jednak muszę nadmienić, że ja zawsze aplikuje olej na lekko wilgotną skórę).


Stosowany na ciało daje nawilżenie, wygładzenie, miękkość - aż chce się człowiek dotykać! Nakładany po opalaniu pomaga uzyskać złocistą i równomierną opaleniznę. Zrobiłam nawet mały eksperyment - gdy raz przypaliłam sobie łydki, jedną nogę smarowałam tym olejem, drugą ratowałam inaczej - kto zgadnie gdzie nie schodziła mi skóra? ;) Bingo! Na smarowanej tym olejem!

Jednak jego wszystkie zalety przy stosowaniu na skórze blakną w porównaniu z tym co on robi z moimi włosami! Gdy nim olejuje włosy są miękkie, błyszczące, dociążone, ale sypkie, wygładzenie jest takie, że gumka potrafi mi się z nich ześlizgiwać! Nie ważne jakiego potem użyje szamponu czy odżywki, efekt jest ten sam. Cudo!
Dodatkowo dzięki jego lekkości łatwo go zmyć, nie ma mowy o tłustych strąkach.

Jednak to nie koniec jego możliwości.
Używałam go też do demakijażu tak jak radził producent: parę kropel na wilgotny wacik - zmył wszystko nie pozostawiając smug, za to bardzo zadowoloną i nawilżoną cerę... Czułam się jak wtedy gdy robiłam sobie spa! Oprócz oczyszczenia zyskiwałam nawilżenie, zero zapychania czy podrażnień, zero wypadających rzęs. Za to nawet miałam wrażenie, że rzęsy się wzmocniły. (Musicie jednak pamiętać, że mój makijaż opiera się na minerałach i tuszu do rzęs, nie umiem stosować kredek czy eyelinerów, a wiec nie wiem jak by sobie z nimi poradził)


Ja go pokochałam całym sercem, jestem ciekawa czy Wy się z nim kiedyś zetknęłyście?

Nagietkowy płyn micelarny - So'Bio

Hej Kochani!
Ten post miał pojawić się wczoraj... Ale upał dał mi się we znaki i cośtam w głowie mi się chyba poprzestawiało bo nie zaznaczyłam publikacji automatycznej... Także tego ;) Nic straconego w każdym bądź razie - post nie uciekł i jest dziś! ;) A mowa w nim będzie o płynie micelarnym marki So'Bio.

Oto on:

Micel znajduje się w olbrzymiej butli (500 ml) z prostą i ładną etykietą, na której możemy dojrzeć kwiaty nagietka. Tak na prawdę oprócz ogromnej pojemności butla ta niczym się nie wyróżnia. Za to muszę ją pochwalić za wytrzymałość - mój Chrześniak ją dorwał i cisną o podłogę a jej nic!
Dodatkowy plus - otwarcie - samo się nie otworzy, jednak my zrobimy to bez problemu, bez łamania paznokci.


Producent opisuje ten produkt tak:
Ten płyn micelarny delikatnie i dokładnie oczyszcza twarz tylko jednym dotknięciem. Usuwa makijaż i brud nie podrażniając nawet wrażliwej skóry, ma działanie balansujące. Delikatna baza czyszcząca stanowiąca połączenie kojącego nagietka i nawilżającego, ochronnego aloesu koi podrażnienia i łagodzi stany zapalne skóry. Odpowiedni zarówno do oczyszczania twarzy jak i do demakijażu oczu. Skóra, dokładnie oczyszczona dzięki kojącej wodzie micelarnej z nagietkiem SO BiO, jest przygotowana lepszej absorbcji kremu nawilżającego.
Testowana pod kontrolą dermatologiczną.


I wiecie co? Ze wszystkim się zgadzam!
Micel ten świetnie oczyszcza, nie podrażnia, koi skórę i delikatnie nawilża, nie pozostawia za to żadnej warstwy. Oczy nie pieką, nie ma pandy, dodatkowo jest mój ukochany nagietek! (moja cera wyjątkowo dobrze reaguje na to ziółko)
Jakby tego było mało - na prawdę wystarcza jedno przetarcie by usunąć cały bród - a więc nie dość, że mamy wielką pojemność to jeszcze dodatkowo wielką wydajność! Będę go miała wieki i cieszy mnie to! Zupełnie mi się nie nudzi, nie chce się z nim rozstawać.
Bardzo przyjemnie pachnie - słodko, nienachalnie, nie sądzę by kiedykolwiek zaczął mnie drażnić.


Dodatkowo - naturalny skład.
Czego chcieć więcej?

Micel ten kupiłam w sklepie BeMyBio - KLIK za niecałe 50 zł/500 ml
Jak dla mnie się opłaca!

Mieliście do czynienia z tą firmą?

Biolaven - płyn micelarny

Hej!
Powiem szczerze, że teraz żyję jak w jakimś transie ;). Myślę o milinie spraw na raz ;). Ale już niedługo będzie luźniej, już niedługo moja głowa wypocznie ;).
Dlatego też dzisiaj post w luźniejszym tonie - pochwalny ;)


Już po tytule posta wiedzieliście, że chodzi o płyn micelarny marki Biolaven, która ledwo weszła na rynek, a zrobiło się o niej bardzo, bardzo głośno. I to bez dziwnych haseł reklamowych (pozdrawiam bingospa) ;).
Biolaven zachwyciło swoim minimalistycznym (ha! powiedziałam to, czy teraz jestem już modna?) wyglądem i połączenie lawendy z olejem winogronowym. Co niektórych (tych mniejszych zwolenników lawendy) zachwycił także zapach - słodki,  winogronowy.


Chociaż z zapachem ja mam ciekawą historię - bo przecież mój nos musi być INNY, musi czuć wszystko inaczej... Otóż przez jakieś pierwsze 2 tygodnie używania tego micela odczuwałam w nim głównie lawendę, z delikatną słodka nutą, której nie potrafiłam zidentyfikować. A wszędzie wtedy pisali, że pachnie winogronami. Więc ja: łaziłam po sklepach z roślinami i wąchałam krzaki lawendy, a potem kupiłam olejek eteryczny lawendowy by się przekonać czy nie zwariowałam xd. Ale nie! Serio czułam mocno lawendę. Dopiero po upływie 2 tygodni zaczęłam czuć coraz bardziej słodycz winogron i teraz właściwie je czuje z kropelką lawendy gdzieś w tle.


No ale koniec historyjek! ;)
Pora na fakty!
Płyn ten to płyn jakby ktoś nie zauważył ;). Barwy delikatnie żółtawej. Zapienił mi się na zdjęciach, ale nigdy nie zauważyłam by stało się to na waciku. Po przetarciu nim twarzy, nie zostaje na niej żadna warstwa, czuć tylko świeżość (pachnącą świeżość). Dlatego też micel ten stosowałam również jako tonik - uwielbiam z rana przemyć nim twarz!


Ale to nie jako tonik służy mi głównie - ale jako preparat do demakijażu. I tu też będę go chwalić! :) Przede wszystkim nie podrażnia oczu, nie ma mowy o szczypaniu jakimkolwiek. Poza tym zauważyłam, że rzęsy przestały mi wypadać! Nie jestem całkowicie pewna czy to dzięki niemu, ale wydaje mi się że tak, bo krem od Kasi zaczęłam stosować dużo później.
A teraz najważniejsze - micel ten zmywa makijaż, nie rozmazuje, ale zmywa! Wprawdzie przy tuszu trzymam odrobinę dłużej płatek, ale potem mam pewność, że wszystko zostało usunięte.
Nie byłam w stanie sprawdzić czy usuwa tusz wodoodporny, ponieważ takiego nie posiadam.


Uważam, że to świetny płyn micelarny, czy równie dobry jak micel Sylveco? Chyba nie aż tak cudowny, ale jeśli mu ustępuje to tylko o jakieś 0,5 pkt ;).

Skład i informacje producenta:
Pięknie! Ale gdzie olej winogronowy? ;)


Miałyście już coś z Biolaven?
Ja byłam na dermokonsultantkach marki Sylveco i dostałam próbki ich kremów :). Niedługo będę je sprawdzać!

Matujący płyn micelarny - tonik 2w1 do mycia twarzy

Hej!
Jak Wam minął weekend? Mój mimo pogody bardzo się udał :). Obiecuję, że jutro lub pojutrze pojawi się relacja ze spotkania! Wczoraj nie miałam kiedy się tym zająć, najpierw miałam wyjazd, później jeszcze koncert, teraz mam chrypę ;)

Nie o tym jednak Wam chciałam dziś opowiadać :)
Od dłuższego czasu używam matującego toniku od Tołpy. Jesteście ciekawe jak się sprawuje?

Oto on w pełnej krasie:

Ta plastikowa butelka z prostą etykietą ma powalającą pojemność - aż 400 ml. Używam go już ok miesiąc, a dotarłam może do 1/3. Całe szczęście (uwaga tu spoiler!), że mi się spodobał.

Zamknięcie typu press jest bardzo wygodną formą, nie wylewa nam się za dużo, jak się przewróci, też od razu nie zalewamy wszystkiego. (to ważne, gdy się ma czasem dwie lewe ręce jak ja)


Płyn jest lekko żółtawy i ma przyjemny, orzeźwiający zapach - bardzo fajnie dzięki temu używa mi się go rano, oczyszczam cerę i dobudzam się jednocześnie :).

Wiecie jak bardzo lubię opisy Tołpy, więc pozwólcie, że i tym razem je Wam pokarzę:



Skład:

Wytrwałyście? ;)
A więc pora na opis działania!
To, że używam go rano już wiecie - spisuje się świetnie, idealnie oczyszcza cerę, zostawia ją przyjemnie odświeżoną i co ciekawe faktycznie delikatnie matuje. Nie jest to może efekt spektakularny, ale utrzymuje się dość długo. Ja uwielbiam przemywać twarz tym tonikiem tuż przed nałożeniem makijażu, sprawia on, że podkład dłużej się trzyma na twarzy i nie muszę od razu sięgać po puder, mogę spokojnie z nim poczekać i w ciągu dnia go dodać.
Używam go też do zmywania podkładu z twarzy - radzi sobie z tym całkiem nieźle - 2 waciki i twarz jest oczyszczona (z wyjątkiem oczu).
Micel ten nie zapycha i nie zostawia tłustej powłoczki, nie wysusza też skóry, mimo denatu w składzie (jest on dość daleko, dlatego zupełnie się nim nie przejmuje)
W składzie znajdują się parabeny, których wiele osób unika - mi krzywdy nie robią na szczęście.

Na prawdę jestem z niego zadowolona i z chęcią po niego sięgam. A czy Wy go znacie? Miałyście z nim do czynienia?


de-makijaż

Czyli o uniwersalnym płynie z ZIAJI do demakijażu - KWC

Cena: ok. 4zł / 120ml
Od producenta:

Skutecznie i delikatnie usuwa makijaż, zapobiega wysuszaniu wrażliwej skóry wokół oczu.
Nie powoduje podrażnień skóry i spojówek. Polecany również dla osób stosujących soczewki kontaktowe.
Przebadany okulistycznie, nie zawiera substancji zapachowych

Skład:

Konsystencja, zapach, opakowanie, wydajność:
Typowy płyn o konsystencji wody w prostym, niebieskim opakowaniu, które mnie niczym nie urzekło, ale też nie zniechęciło do siebie. Fajnie że jest przezroczyste dzięki czemu widać ile zostało produktu. Zapach bardzo mi się nie podoba, jest taki chemiczny. A co do wydajności to jak najbardziej na plus. Mam go już strasznie długo.

Moja opinia:
Tutaj zaczynają się małe schodki. Nie podpasywał mi ten płyn bardzo... Sam zapach zniechęca mnie do używania go. Dodatkowo nie radzi sobie z moim i tak już prostym makijażem (tusz i raz w miesiącu eyeliner)
Fajne jest w nim jedynie to że nie podrażnia moich oczu i nie uczula. No i cena jest przystępna, ale to by było na tyle.
NIE KUPIĘ PONOWNIE


Miałyście go? Co o nim myślicie?


Pozdrawiam
Żan