17
maj
2014

Garnier - goodbye damage

Hej :)
Jak weekend? U mnie deszczowo i zimno, ale przynajmniej dzięki temu mam okazję zabrać się za uczelniane sprawy, które normalnie bym odkładała na później... Także jak to mówią nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ;).
A przynajmniej tak sobie wmawiam. ;)

Dziś przybywam do Was z recenzją odżywki GOODBYE DAMAGE
na pewno nie raz o niej słyszałyście, bo firma zorganizowała dość sporo akcji promujących również na blogach.
Jesteście ciekawe co o niej myślę?


Opakowanie klasyczne dla serii Fructis, kolorowe, przyciągające wzrok, stojące na otwarciu dzięki czemu łatwiej jest wydobyć produkt do końca. Butelka (mogę tak nazwać?) jest nieprzezroczysta, a więc oceniamy ilość zużytego produktu 'na wage'.

Zapach też typowy, owocowy, świeży, zostaje na włosach prawie cały dzień. Przyjemna sprawa, nie powiem. Ogólnie to jestem fanką zapachów produktów dla włosów od Garniera, jak dla mnie wszystkie maski/odżywki mogłyby tak pachnieć.






Konsystencja jest gęsta, treściwa, nie na tyle jednak by sprawiała trudność w wydobywaniu z opakowania. Odżywka nie ucieka z dłoni, dobrze się ją rozprowadza na włosach.

Nie ma problemu też ze spłukiwaniem, zostawia śliskie włosy, bez problemu możemy je rozczesać (jako falowano kręcona czeszę włosy na mokro, jeśli w ogóle je czeszę).

Co po wyschnięciu?
LIPA. Moim włosom ta odżywka wybitnie nie podpasowała. Zostawia je szorstkie, niemiłe w dotyku. Znika skręt, fala też jakaś lipna... Brak blasku, brak czegokolwiek!
dawałam jej wiele szans i efekt zawsze pozostaje ten sam -> moje związane włosy...


Skład:

Koszt: ok 12 zł

Miałyście ją może? Jak się u Was spisywała?


Ps. Dziękuję, za Wasze wczorajsze komentarze, podniosłyście mnie na duchu, bo serio zaczęłam się zastanawiać, czy nie potrafię czytać ze zrozumieniem...